Czujesz jego ciągłą obecność. Towarzyszy ci gdziekolwiek się udasz i czymkolwiek będziesz się zajmował. Nie daje o sobie zapomnieć. Nigdy.
Czai się tuż pod powierzchnią świadomości by zalać cię, zatopić, gdy na chwilę opuścisz gardę.
Czasem bardziej daje o sobie znać, z biegiem czasu coraz słabiej i słabiej. Blednie lecz nie chce jakoś zniknąć do końca. Bywają też momenty, gdy wraca z daleka, już prawie zapomniany. Przychodzi nieproszony i nie chce odejść. Nie da sobie powiedzieć – tylko nie dziś, zacznij od jutra, daj mi te kilka chwil spokoju i ciepła. Zostaw mnie.
Bywa tak, że nie chce opuścić cię na krok, i tak, że gdy pojawia się niespodziewanie, bo coś ci o nim przypomniało. Bo coś ci się skojarzyło. Bo wróciły wspomnienia, czasem sprzed wielu, wielu lat. Jego obraz, poczucie jego obecności wraca wtedy silne jak przed laty.
Na pewno są tacy, którzy uodpornili się na jego obecność, zaprzyjaźnili się z nim i może – jeśli to w ogóle możliwe- są z nim szczęśliwi. Na pewno jest jeszcze więcej takich, którzy nauczyli się z nim żyć, i po prostu tolerują jego obecność. Może dają radę nie zwracać na niego uwagi.
Jak guma do żucia pod butem – nie chce się odczepić, ale jednak możesz dalej iść. Jeszcze możesz.
Różnie o nim mówią. Jedni bezosobowo i tradycyjnie powiedzą - „wyrzuty sumienia”. Ci bardziej postępowi mogą nazwać go smutkiem, żalem, czy po prostu przeszłością. Bagażem.
Jest też taki, który mówi o nim dark passenger – mroczny pasażer. Bo zawsze jest przy nim, bo nigdy, nawet, jeśli chce nie zdoła o nim zapomnieć, zostawić go za sobą. Jeśli akurat chce, bo przecież ów mroczny pasażer może być przydatny. To on zrobi to czego my nie dalibyśmy rady, to on podejmie trudną decyzję. Zaciskając zęby oddajemy mu stery. Bo takie jest życie.
I dlatego właśnie nie wszyscy chcieliby się go pozbyć, niektórzy nic sobie z niego nie robią, inni mówią nawet, że go potrzebują. By robić swoje. By jakoś znieść każdy następny dzień. By przetrwać. By zrobić to, co muszą, nawet jeśli to im się wcale nie podoba.
Wielu też oczywiście z nim walczy, stara się nie dopuszczać go do głosu, może udawać że w ogóle go z nimi nie ma. Ale to nic nie da – bo on będzie nam towarzyszył, czy tego chcemy, czy nie.
Nie da o sobie zapomnieć.
Będzie przy każdym z nas.
Każdy potrzebuje przebaczenia.
poniedziałek, 21 grudnia 2009
środa, 14 października 2009
Byle tylko nie dorosnąć.
Wszystkie dzieci chcą być jak najwcześniej dorosłe. Bo - oczywiście - wtedy będą mogły robić co chcą, nikt ich nie będzie pilnował, będą decydować o sobie, mieć własne pieniądze i wydawać je na co tylko zewchcą. I nie mówcie mi, że w wieku lat 10-12 nie mieliście takiego wyobrażenia ;)
Potem, z bliska sprawa wygląda nieco już inaczej, ale jeszcze do 18stki dochodzimy z radością. Bo dostaje się dowód (jakby był komuś potrzebny), bo można pić, bo można zrobić prawo jazdy. Mnie osobiście zawsze najbardziej pociągało to ostatnie, ale do rzeczy.
Potem, kiedy się wreszcie okazuje, że
- możesz oczywiście robić co chcesz, tylko co z tego, skoro i tak wiesz co musisz robić, przecież dorośli muszą być odpowiedzialni. Jeśli więc poważnie traktujesz swoje zajęcia (np studia) to i tak wies, że musisz się uczyć, mimo że nikt ci nie każe ;)
- nikt cię nie pilnuje, co oznacza, że nie tylko wszystko czego nie zrobisz (np pranie, sprzątanie, gotowanie) odbije się na tobie, i to ty będziesz chodził głodny/nie miał się w co ubrać, ale jeszcze, że ewentualne konsekwencje tego co zrobiłeś bądź nie zrobiłeś spadną tylko na ciebie. Więc uważaj.
-masz własne pieniądze i wydajesz na co tylko chcesz. Hm. No niby są własne, ale po pierwsze mogło by ich być więcej, po drugie trzeba sobie na nie zapracować, a w najlepszym wypadku nazałatwiać mnóstwo rzeczy (np. stypendium). Więc już wiesz, że kasa nie bierze się z nikąd. W ten sposób robi ci się żal wydawać ją na tzw. byleco - im bardziej się natrudziłeś tym bardziej uważasz, żeby jej nie roztrwonić.
W końcu idziesz do pracy, w której jako porządny obywatel akceptujesz panujące tam reguły gry np. ubierasz się w ciuchy, których nie cierpisz, bo tak trzeba, albo wstajesz na 6.00 rano, albo wręcz przeciwnie - bierzesz nocki, bo tak trzeba.
I tak właśnie młode oblicze ludzkości wciska się w tryby systemu, i jakoś tak samo wychodzi, że wszyscy uczą się w tym systemie doskonale funkcjonować, nawet jeśli byli z natury buntownikami, i sami idąc przez życie powtarzają znammienne - tak musi być, tak urządzony jest świat.
Nic dziwnego, że jesteśmy najbardziej narzekiającym narodem świata.
Bo ten cały system - to kit, który świat z powodzeniem nam wciska. Oczywiście zaczyna się to od szkoły podstawowej - obowiązkowej i takiej samej dla wszystkich - właśnie tam po raz pierwszy dopadają nas krwiożercze pazury systemu. Czy nikogo innego nie dziwi, że szkoła jest dla dzieci obowiązkowa? Czy nikt nie uważa tego za dziwne, że nie można zdecydować - czy wogóle chce się tam chodzić, albo czy np. nie chce się zrobić sobie 2 miesięcy wakacji w środku roku? Niby co w tym takiego bulwersującego? Szkoła w założeniu jest przecież miejscem niewyczerpanych możliwości, a nie przymusowego pobytu. Miejscem, które ma nam wszystkim otworzyć umysł, nie na odwrót.
Oby ci, którzy nią rządzą o tym pamiętali, tego im życzę w Dzień Edukacji Narodowej.
Potem, z bliska sprawa wygląda nieco już inaczej, ale jeszcze do 18stki dochodzimy z radością. Bo dostaje się dowód (jakby był komuś potrzebny), bo można pić, bo można zrobić prawo jazdy. Mnie osobiście zawsze najbardziej pociągało to ostatnie, ale do rzeczy.
Potem, kiedy się wreszcie okazuje, że
- możesz oczywiście robić co chcesz, tylko co z tego, skoro i tak wiesz co musisz robić, przecież dorośli muszą być odpowiedzialni. Jeśli więc poważnie traktujesz swoje zajęcia (np studia) to i tak wies, że musisz się uczyć, mimo że nikt ci nie każe ;)
- nikt cię nie pilnuje, co oznacza, że nie tylko wszystko czego nie zrobisz (np pranie, sprzątanie, gotowanie) odbije się na tobie, i to ty będziesz chodził głodny/nie miał się w co ubrać, ale jeszcze, że ewentualne konsekwencje tego co zrobiłeś bądź nie zrobiłeś spadną tylko na ciebie. Więc uważaj.
-masz własne pieniądze i wydajesz na co tylko chcesz. Hm. No niby są własne, ale po pierwsze mogło by ich być więcej, po drugie trzeba sobie na nie zapracować, a w najlepszym wypadku nazałatwiać mnóstwo rzeczy (np. stypendium). Więc już wiesz, że kasa nie bierze się z nikąd. W ten sposób robi ci się żal wydawać ją na tzw. byleco - im bardziej się natrudziłeś tym bardziej uważasz, żeby jej nie roztrwonić.
W końcu idziesz do pracy, w której jako porządny obywatel akceptujesz panujące tam reguły gry np. ubierasz się w ciuchy, których nie cierpisz, bo tak trzeba, albo wstajesz na 6.00 rano, albo wręcz przeciwnie - bierzesz nocki, bo tak trzeba.
I tak właśnie młode oblicze ludzkości wciska się w tryby systemu, i jakoś tak samo wychodzi, że wszyscy uczą się w tym systemie doskonale funkcjonować, nawet jeśli byli z natury buntownikami, i sami idąc przez życie powtarzają znammienne - tak musi być, tak urządzony jest świat.
Nic dziwnego, że jesteśmy najbardziej narzekiającym narodem świata.
Bo ten cały system - to kit, który świat z powodzeniem nam wciska. Oczywiście zaczyna się to od szkoły podstawowej - obowiązkowej i takiej samej dla wszystkich - właśnie tam po raz pierwszy dopadają nas krwiożercze pazury systemu. Czy nikogo innego nie dziwi, że szkoła jest dla dzieci obowiązkowa? Czy nikt nie uważa tego za dziwne, że nie można zdecydować - czy wogóle chce się tam chodzić, albo czy np. nie chce się zrobić sobie 2 miesięcy wakacji w środku roku? Niby co w tym takiego bulwersującego? Szkoła w założeniu jest przecież miejscem niewyczerpanych możliwości, a nie przymusowego pobytu. Miejscem, które ma nam wszystkim otworzyć umysł, nie na odwrót.
Oby ci, którzy nią rządzą o tym pamiętali, tego im życzę w Dzień Edukacji Narodowej.
niedziela, 3 maja 2009
Dziwny jest ten świat
2x śmierć
41-letnia łyżwiarka, Jayne Soliman umiera u szpitalu w Oxfordzie w Anglii 7 stycznia 2009 roku, po agresywnym krwotoku do mózgu. Jest w 26 tygodniu ciąży. Lekarze utrzymują jej bijące serce jeszcze przez dwa dni, podając jej wysokie dawki steroidów, by przyspieszyć rozwój płuc dziecka. 9 stycznia w wyniku cesarskiego cięcia na świat przychodzi jej córka Aya. Waży niecały kilogram.
9 lutego 2009 roku we włoskiej klinice w Udine umiera Eluana Englaro, po 17 latach spędzonych w stanie wegetatywnym i po 2 dniach odkąd zaprzestano jej sztucznego odżywiania. Jej ojciec, który od 10 lat walczył o odłączenie córki od karmiącej ją aparatury, twierdzi, że jej życzeniem było nie być sztucznie utrzymywaną przy życiu. Na tej podstawie zgodę na odłączenie karmienia wydaje 13 listopada 2008 roku włoski Sąd Najwyższy.
Rodzice
Rodzice są osobami, które chcą dla swoich dzieci jak najlepiej. To oni są przy nas od samego początku naszego życia, widzą jak stawiamy pierwsze kroki, to do nich kierujemy nasze pierwsze słowa. Oni też wiedzą co dla swoich dzieci najlepsze, oni są tymi którzy znają swoje dzieci najlepiej.
Rodzice zrobiliby wszystko, by ocalić swoje dzieci. Od samego początku, od kiedy pojawi się między nimi nowy, mały człowiek – najpierw jako samo tylko pragnienie posiadania potomstwa – potrafią poświęcić bardzo wiele z tego kim byli, by mieć dziecko, by mieć własne dziecko, by utrzymać je przy życiu. Z tych niegasnących pragnień rodziców zrodziły się postępy medycyny, dające im możliwości takie jak sztuczne zapłodnienie czy szansę na ocalenie coraz młodszych wcześniaków. Bo najszczęśliwszym ich dniem jest ten, gdy długo wyczekiwane dziecko przychodzi na świat.
A gdy już przyjdzie na świat, kochają je jak umieją, troszczą się o nie, nie mogliby znieść przecież tego, gdyby ich dziecku coś zagrażało, gdyby nie było bezpieczne, gdyby było chore, albo w śpiączce, gdyby umarło. Gdyby dziecko umarło, wraz z nim umarłyby i serca jego rodziców.
Okazuje się jednak, że prawdziwe życie jest dużo bardziej skomplikowane, niż prosta i jasna wizja świata. Okazuje się, że ono – życie – pisze dużo bardziej pokrętne scenariusze. Oto widzimy Matkę, która umiera w najszczęśliwszym dniu swojego życia, w dniu, w którym przyszła na świat jej długo wyczekiwana córka. Oto widzimy Ojca, który prosi dla swojej córki o śmierć.
Opinia publiczna
Gdy strażak wyciąga ludzi z płonącego budynku – jest bohaterem. Jest bohaterem nas wszystkich, staje się niejako osobą publiczną, osobą której każdy z nas ufa, nadczłowiekiem. Bo robi to co należy, bo naraża siebie by ratować innych, nieznanych sobie ludzi. Jest idealnie bezinteresowny. Społeczna opinia o jego czynie, jego moralna klasyfikacja jest także bezsprzecznie pozytywna. Zdziwilibyśmy się, gdyby tak nie było.
Bo nikt nie zastanawia się przecież nad tym, ile ów ocalony z pożaru człowiek będzie musiał teraz wycierpieć, ile bólu czeka go gdy jego rany będą się goić, ani czy w ogóle ma jakieś szanse na wyzdrowienie. Nie prowadzimy telewizyjnych debat na temat tego, kogo strażak ma jeszcze wynosić, a kogo już nie. Przecież ratujemy wszystkich, ratujemy życie. Bo wiemy, że tak trzeba.
Kiedy widzimy przed sobą szansę uratowania kogoś dzięki postępowi medycyny, nie pytamy o koszty, głębokim nietaktem byłoby przecież pytać czy warto, czy to się opłaca. Gdy można uratować dziecko, staramy się jeszcze bardziej – bo ono ma przed sobą całe życie, które dopiero co się rozpoczęło, bo ono jest uosobieniem niewinności i człowieczeństwa. Ono ma rodziców, którzy na nie czekają, którzy są dzięki niemu szczęśliwi, którzy je kochają i będą się nim opiekować dopóki starczy im sił.
Dlatego właśnie rzadko kiedy słyszy się głosy o tym, że jest granica, której nie powinno się przekraczać. Granica ratowania nie tylko poszkodowanych w wypadkach, których może nie powinniśmy za wszelką cenę utrzymywać przy życiu, ale także granica ratowania za wcześnie urodzonych dzieci. Bo dzieci, które ważą tak mało jak 400 g, mimo, że ich uratowanie jest według dzisiejszej medycyny możliwe, będą miały mnóstwo problemów ze zdrowiem. Większość z nich nie przetrwa pierwszych dni swojego życia. Bo całe ich życie być może będzie ciągłym cierpieniem – nie tylko dla nich, ale także dla ich najbliższych.
Ale pomimo tej bolesnej świadomości, całe społeczeństwo kibicuje postępom medycyny, gdy chodzi o ratowanie życia noworodków. Uważamy za sukces to, że udało nam się uratować jeszcze jedno, jeszcze mniejsze dziecko. Cieszymy się z perspektywy rozwoju, która daje rodzicom nadzieję na wyleczenie swoich dzieci z kiedyś beznadziejnych chorób, która jest szansą na lepszy los dla tych, których najbardziej kochamy.
A gdy przychodzi do rozmyślania nad życiem kogoś dorosłego, kogoś cierpiącego, a czasem starego, albo w stanie wegetatywnym, kogoś, komu się już raczej nie polepszy, i kto nie ma już przed sobą całego życia, bo znaczną jego część zostawił za sobą – wtedy dopiero, niejednokrotnie ze zdziwieniem, odkrywamy drugą stronę medalu. I o niej mówimy, że co to za życie, gdy jest się przykutym do łóżka, albo w śpiączce, że może lepiej nie żyć wcale, niż żyć tak. Tylko że ta druga strona przez cały czas tam była - i w życiu wcześniaków, i nastolatków po wypadkach, i nieuleczalnie chorych dorosłych, i ludzi starych – to jest cierpienie. Cierpienie, które prędzej czy później stanie się udziałem każdego życia.
My, jako społeczeństwo, jako opinia publiczna, cieszymy się z postępów medycyny, gdy dowiadujemy się, że dzięki możliwości utrzymania ciała Matki przy życiu, na świat mogła przyjść malutka Aya. Ale jakoś nie cieszymy się z postępów medycyny, które pozwoliły przez 17 lat stanu wegetatywnego utrzymać przy życiu Eluanę. Bo patrzymy na tę stronę medalu, którą akurat chcemy zobaczyć.
Dobra śmierć
Właśnie to oznacza po grecku słowo eutanazja. Słowo, które powstało, by określić osobę, która umiera świadomie, po uporządkowaniu swoich spraw, bez bólu. Mimo wszystko nie jestem pewna, czy śmierć może być dobra. Czy jest taką śmierć kończąca długie cierpienia? Czy jest nią śmierć, dzięki której ktoś inny będzie mógł żyć? Czy jest nią może śmierć w chwili, którą sami wybierzemy?
My – ludzie XXI wieku, którzy tak lubimy decydować o swoim życiu, którzy najbardziej czcimy swoją własną wolność. Najwyższą wartością stała się dla nas niezależność, możliwość wybierania sobie własnego losu. Niczego nie chcemy już przyjmować za pewnik, bo uważamy, że wszystko da się zmienić, nagiąć do naszych własnych potrzeb i wyobrażeń. Latamy w kosmos i nurkujemy w głębinach. Żyjemy w przekonaniu, że nasze możliwości nie mają granic. Że nie ma dla nas nic niemożliwego. I zapominamy o tych dawno ustanowionych, a może zawsze obecnych granicach, które może jeszcze gdzieś tam są – w nas – pewne jak gwiazdy na niebie - o prawie moralnym.
Wierzymy dziś w to, że należymy wyłącznie do samych siebie, i że w związku z tym mamy prawo o sobie decydować. My, którzy zaczynamy się uważać za swojego własnego boga, i przez to uzurpujemy sobie prawo do decydowania nie tylko o każdej sekundzie naszego życia, ale też i o naszej śmierci. Nie przychodzi nam już do głowy, że być może nasze życie nie jest tylko naszą własnością, że może ono jest czymś więcej.
Czasem idziemy nawet dalej, i przekazujemy to prawo, które najpierw sami sobie przyznaliśmy, kolejnym osobom. A jeśli już nawet nie my sami, to kto ma prawo zadecydować o naszym życiu lub śmierci? Kto się odważy przyjąć na siebie taką odpowiedzialność, wziąć na siebie ten ciężar? Czy wie w jakiej sam siebie stawia roli? Czy my sami chcemy pozwolić, by o naszej śmierci decydowały sądy?
Decyzja lekarzy o podtrzymaniu funkcji życiowych Janye uzyskała społeczne poparcie i zrozumienie. Mimo, iż Soliman była w stanie śmierci mózgowej, uznano, że gdyby mogła zdecydować, chciałaby, aby jej córka przeżyła. To oczywiste, dla lekarzy i dla nas wszystkich, że Matka chciałaby aby jej dziecko żyło, że bez wahania zrobiłaby dla niego wszystko.
Także znaczna większość katolickiego społeczeństwa Włoch, bo według sondy telewizji RAI aż 70% zgodziło się z decyzją Sądu Najwyższego, który zadecydował o odłączeniu karmienia Eluany. Zgodzili się więc z tym, o co walczył jej ojciec, powołując się na jej własną, wyrażoną przed wypadkiem wolę. Walczył, przekonany, że wie, czego chciałaby jego córka, przekonany, że ma prawo do podjęcia takiej decyzji. Wyczerpany 17 letnim czuwaniem przy łóżku swojego dziecka, pozbawiony nadziei na jakąkolwiek zmianę tego stanu, chciał dla niej dobrej śmierci. Tylko czy tak właśnie ma wyglądać „dobra śmierć”?
Dziwny jest ten świat, w którym dzisiaj żyjemy. Świat, w którym o życiu lub śmierci zadecyduje sąd, a o tym co dobre, a co złe smsowa sona. Świat, w którym nasze możliwości poszły dalej niż mogliśmy to sobie kiedyś wyobrazić, tak, że teraz nie bardzo umiemy dać sobie z nimi radę. Świat, w którym mamy decydować o tym, na co jeszcze niedawno nie mieliśmy żadnego wpływu. Świat, w którym się zagubiliśmy i nie możemy się odnaleźć.
41-letnia łyżwiarka, Jayne Soliman umiera u szpitalu w Oxfordzie w Anglii 7 stycznia 2009 roku, po agresywnym krwotoku do mózgu. Jest w 26 tygodniu ciąży. Lekarze utrzymują jej bijące serce jeszcze przez dwa dni, podając jej wysokie dawki steroidów, by przyspieszyć rozwój płuc dziecka. 9 stycznia w wyniku cesarskiego cięcia na świat przychodzi jej córka Aya. Waży niecały kilogram.
9 lutego 2009 roku we włoskiej klinice w Udine umiera Eluana Englaro, po 17 latach spędzonych w stanie wegetatywnym i po 2 dniach odkąd zaprzestano jej sztucznego odżywiania. Jej ojciec, który od 10 lat walczył o odłączenie córki od karmiącej ją aparatury, twierdzi, że jej życzeniem było nie być sztucznie utrzymywaną przy życiu. Na tej podstawie zgodę na odłączenie karmienia wydaje 13 listopada 2008 roku włoski Sąd Najwyższy.
Rodzice
Rodzice są osobami, które chcą dla swoich dzieci jak najlepiej. To oni są przy nas od samego początku naszego życia, widzą jak stawiamy pierwsze kroki, to do nich kierujemy nasze pierwsze słowa. Oni też wiedzą co dla swoich dzieci najlepsze, oni są tymi którzy znają swoje dzieci najlepiej.
Rodzice zrobiliby wszystko, by ocalić swoje dzieci. Od samego początku, od kiedy pojawi się między nimi nowy, mały człowiek – najpierw jako samo tylko pragnienie posiadania potomstwa – potrafią poświęcić bardzo wiele z tego kim byli, by mieć dziecko, by mieć własne dziecko, by utrzymać je przy życiu. Z tych niegasnących pragnień rodziców zrodziły się postępy medycyny, dające im możliwości takie jak sztuczne zapłodnienie czy szansę na ocalenie coraz młodszych wcześniaków. Bo najszczęśliwszym ich dniem jest ten, gdy długo wyczekiwane dziecko przychodzi na świat.
A gdy już przyjdzie na świat, kochają je jak umieją, troszczą się o nie, nie mogliby znieść przecież tego, gdyby ich dziecku coś zagrażało, gdyby nie było bezpieczne, gdyby było chore, albo w śpiączce, gdyby umarło. Gdyby dziecko umarło, wraz z nim umarłyby i serca jego rodziców.
Okazuje się jednak, że prawdziwe życie jest dużo bardziej skomplikowane, niż prosta i jasna wizja świata. Okazuje się, że ono – życie – pisze dużo bardziej pokrętne scenariusze. Oto widzimy Matkę, która umiera w najszczęśliwszym dniu swojego życia, w dniu, w którym przyszła na świat jej długo wyczekiwana córka. Oto widzimy Ojca, który prosi dla swojej córki o śmierć.
Opinia publiczna
Gdy strażak wyciąga ludzi z płonącego budynku – jest bohaterem. Jest bohaterem nas wszystkich, staje się niejako osobą publiczną, osobą której każdy z nas ufa, nadczłowiekiem. Bo robi to co należy, bo naraża siebie by ratować innych, nieznanych sobie ludzi. Jest idealnie bezinteresowny. Społeczna opinia o jego czynie, jego moralna klasyfikacja jest także bezsprzecznie pozytywna. Zdziwilibyśmy się, gdyby tak nie było.
Bo nikt nie zastanawia się przecież nad tym, ile ów ocalony z pożaru człowiek będzie musiał teraz wycierpieć, ile bólu czeka go gdy jego rany będą się goić, ani czy w ogóle ma jakieś szanse na wyzdrowienie. Nie prowadzimy telewizyjnych debat na temat tego, kogo strażak ma jeszcze wynosić, a kogo już nie. Przecież ratujemy wszystkich, ratujemy życie. Bo wiemy, że tak trzeba.
Kiedy widzimy przed sobą szansę uratowania kogoś dzięki postępowi medycyny, nie pytamy o koszty, głębokim nietaktem byłoby przecież pytać czy warto, czy to się opłaca. Gdy można uratować dziecko, staramy się jeszcze bardziej – bo ono ma przed sobą całe życie, które dopiero co się rozpoczęło, bo ono jest uosobieniem niewinności i człowieczeństwa. Ono ma rodziców, którzy na nie czekają, którzy są dzięki niemu szczęśliwi, którzy je kochają i będą się nim opiekować dopóki starczy im sił.
Dlatego właśnie rzadko kiedy słyszy się głosy o tym, że jest granica, której nie powinno się przekraczać. Granica ratowania nie tylko poszkodowanych w wypadkach, których może nie powinniśmy za wszelką cenę utrzymywać przy życiu, ale także granica ratowania za wcześnie urodzonych dzieci. Bo dzieci, które ważą tak mało jak 400 g, mimo, że ich uratowanie jest według dzisiejszej medycyny możliwe, będą miały mnóstwo problemów ze zdrowiem. Większość z nich nie przetrwa pierwszych dni swojego życia. Bo całe ich życie być może będzie ciągłym cierpieniem – nie tylko dla nich, ale także dla ich najbliższych.
Ale pomimo tej bolesnej świadomości, całe społeczeństwo kibicuje postępom medycyny, gdy chodzi o ratowanie życia noworodków. Uważamy za sukces to, że udało nam się uratować jeszcze jedno, jeszcze mniejsze dziecko. Cieszymy się z perspektywy rozwoju, która daje rodzicom nadzieję na wyleczenie swoich dzieci z kiedyś beznadziejnych chorób, która jest szansą na lepszy los dla tych, których najbardziej kochamy.
A gdy przychodzi do rozmyślania nad życiem kogoś dorosłego, kogoś cierpiącego, a czasem starego, albo w stanie wegetatywnym, kogoś, komu się już raczej nie polepszy, i kto nie ma już przed sobą całego życia, bo znaczną jego część zostawił za sobą – wtedy dopiero, niejednokrotnie ze zdziwieniem, odkrywamy drugą stronę medalu. I o niej mówimy, że co to za życie, gdy jest się przykutym do łóżka, albo w śpiączce, że może lepiej nie żyć wcale, niż żyć tak. Tylko że ta druga strona przez cały czas tam była - i w życiu wcześniaków, i nastolatków po wypadkach, i nieuleczalnie chorych dorosłych, i ludzi starych – to jest cierpienie. Cierpienie, które prędzej czy później stanie się udziałem każdego życia.
My, jako społeczeństwo, jako opinia publiczna, cieszymy się z postępów medycyny, gdy dowiadujemy się, że dzięki możliwości utrzymania ciała Matki przy życiu, na świat mogła przyjść malutka Aya. Ale jakoś nie cieszymy się z postępów medycyny, które pozwoliły przez 17 lat stanu wegetatywnego utrzymać przy życiu Eluanę. Bo patrzymy na tę stronę medalu, którą akurat chcemy zobaczyć.
Dobra śmierć
Właśnie to oznacza po grecku słowo eutanazja. Słowo, które powstało, by określić osobę, która umiera świadomie, po uporządkowaniu swoich spraw, bez bólu. Mimo wszystko nie jestem pewna, czy śmierć może być dobra. Czy jest taką śmierć kończąca długie cierpienia? Czy jest nią śmierć, dzięki której ktoś inny będzie mógł żyć? Czy jest nią może śmierć w chwili, którą sami wybierzemy?
My – ludzie XXI wieku, którzy tak lubimy decydować o swoim życiu, którzy najbardziej czcimy swoją własną wolność. Najwyższą wartością stała się dla nas niezależność, możliwość wybierania sobie własnego losu. Niczego nie chcemy już przyjmować za pewnik, bo uważamy, że wszystko da się zmienić, nagiąć do naszych własnych potrzeb i wyobrażeń. Latamy w kosmos i nurkujemy w głębinach. Żyjemy w przekonaniu, że nasze możliwości nie mają granic. Że nie ma dla nas nic niemożliwego. I zapominamy o tych dawno ustanowionych, a może zawsze obecnych granicach, które może jeszcze gdzieś tam są – w nas – pewne jak gwiazdy na niebie - o prawie moralnym.
Wierzymy dziś w to, że należymy wyłącznie do samych siebie, i że w związku z tym mamy prawo o sobie decydować. My, którzy zaczynamy się uważać za swojego własnego boga, i przez to uzurpujemy sobie prawo do decydowania nie tylko o każdej sekundzie naszego życia, ale też i o naszej śmierci. Nie przychodzi nam już do głowy, że być może nasze życie nie jest tylko naszą własnością, że może ono jest czymś więcej.
Czasem idziemy nawet dalej, i przekazujemy to prawo, które najpierw sami sobie przyznaliśmy, kolejnym osobom. A jeśli już nawet nie my sami, to kto ma prawo zadecydować o naszym życiu lub śmierci? Kto się odważy przyjąć na siebie taką odpowiedzialność, wziąć na siebie ten ciężar? Czy wie w jakiej sam siebie stawia roli? Czy my sami chcemy pozwolić, by o naszej śmierci decydowały sądy?
Decyzja lekarzy o podtrzymaniu funkcji życiowych Janye uzyskała społeczne poparcie i zrozumienie. Mimo, iż Soliman była w stanie śmierci mózgowej, uznano, że gdyby mogła zdecydować, chciałaby, aby jej córka przeżyła. To oczywiste, dla lekarzy i dla nas wszystkich, że Matka chciałaby aby jej dziecko żyło, że bez wahania zrobiłaby dla niego wszystko.
Także znaczna większość katolickiego społeczeństwa Włoch, bo według sondy telewizji RAI aż 70% zgodziło się z decyzją Sądu Najwyższego, który zadecydował o odłączeniu karmienia Eluany. Zgodzili się więc z tym, o co walczył jej ojciec, powołując się na jej własną, wyrażoną przed wypadkiem wolę. Walczył, przekonany, że wie, czego chciałaby jego córka, przekonany, że ma prawo do podjęcia takiej decyzji. Wyczerpany 17 letnim czuwaniem przy łóżku swojego dziecka, pozbawiony nadziei na jakąkolwiek zmianę tego stanu, chciał dla niej dobrej śmierci. Tylko czy tak właśnie ma wyglądać „dobra śmierć”?
Dziwny jest ten świat, w którym dzisiaj żyjemy. Świat, w którym o życiu lub śmierci zadecyduje sąd, a o tym co dobre, a co złe smsowa sona. Świat, w którym nasze możliwości poszły dalej niż mogliśmy to sobie kiedyś wyobrazić, tak, że teraz nie bardzo umiemy dać sobie z nimi radę. Świat, w którym mamy decydować o tym, na co jeszcze niedawno nie mieliśmy żadnego wpływu. Świat, w którym się zagubiliśmy i nie możemy się odnaleźć.
poniedziałek, 30 marca 2009
Przemijanie... ma sens, życie ma sens
Co mi mówisz górski strumieniu?
w którym miejscu ze mną się spotykasz?
ze mną, który także przemijam —
podobnie jak ty...
Czy podobnie jak ty?
(Pozwól mi się tutaj zatrzymać —
pozwól mi się zatrzymać na progu,
oto jedno z tych najprostszych zdumień.)
Potok się nie zdumiewa, gdy spada w dół
i lasy milcząco zstępują w rytmie potoku
— lecz zdumiewa się człowiek!
Próg, który świat w nim przekracza,
jest progiem zdumienia.
(Kiedyś temu właśnie zdumieniu nadano imię «Adam».)
Był samotny z tym swoim zdumieniem
pośród istot, które się nie zdumiewały
— wystarczyło im istnieć i przemijać.
Człowiek przemijał wraz z nimi
na fali zdumień.
Zdumiewając się, wciąż się wyłaniał
z tej fali, która go unosiła,
jakby mówiąc wszystkiemu wokoło:
«zatrzymaj się! — masz we mnie przystań»
«we mnie jest miejsce spotkania
z Przedwiecznym Słowem» —
«zatrzymaj się, to przemijanie ma sens»
«ma sens... ma sens... ma sens!»
Jan Paweł II "Tryptyk Rzymski"
Jak łatwo nam się zgubić, zapomnieć, zabiegać i zostawić za sobą pamięć o tym ,co kiedyś miało dla nas sens. O co kiedyś nikt nawet nie pytał czy ma sens, tak było to oczywiste. Ale czas mija, doświadczenia przybywa i nagle człowiek znajduje gdzieś w sobie pytanie - dlaczego ja to wogóle robię ? I pustka zamiast odpowiedzi straszliwie go uwiera.
Człowiek nie ma swojego miejsca. Ma tylko swój tor przemijania - jak strumień ma koryto. Bo za każdym razem, wydaje ci się, że dojdziesz tam i wreszcie to będzie to, wreszcie będziesz czuł, że jest dobrze, że tu możesz zostać, że oto osiągnąłeś cel wędrówki. Ale to nie prawda - nigdzie nie możesz zostać i nigdy nie zdołasz się zatrzymać. A więc czy ten cel tak naprawdę wogóle istnieje ?
Czy może człowiekiem czyni cię to, że możesz pragnąć tego właśnie swojego miejsca, tego celu drogi? A może to, że nie wystarcza ci istnieć i przemijać - że pragniesz sensu życia, czegoś więcej, czegoś silniejszego od ciebie i większego od ciebie? Może już to, że jesteś w stanie zadumać się nad twoim przemijaniem, stanowi jego sens?
Może przemijasz, by się zastanawiać - bez końca i bez jednoznacznej odpowiedzi - czy to jest moja droga, czy ona ma sens, dlaczego na nią wszedłem, czy warto nią iść, czy warto poświęcić wszystkie inne drogi - dla tej jednej, którą wybrałem? Czy dam sobie na niej radę ? Czy znajdę siłę, by jej nie opuścić, by obierać ją ciągle od nowa? By się nie zgubić w gąszczu splątanych ścieżek. By nie zapomnieć, że warto. Że przemijanie ma sens. Ma sens. Ma sens...
«ma sens... ma sens... ma sens!»
Jan Paweł II "Tryptyk Rzymski"
Jak łatwo nam się zgubić, zapomnieć, zabiegać i zostawić za sobą pamięć o tym ,co kiedyś miało dla nas sens. O co kiedyś nikt nawet nie pytał czy ma sens, tak było to oczywiste. Ale czas mija, doświadczenia przybywa i nagle człowiek znajduje gdzieś w sobie pytanie - dlaczego ja to wogóle robię ? I pustka zamiast odpowiedzi straszliwie go uwiera.
Człowiek nie ma swojego miejsca. Ma tylko swój tor przemijania - jak strumień ma koryto. Bo za każdym razem, wydaje ci się, że dojdziesz tam i wreszcie to będzie to, wreszcie będziesz czuł, że jest dobrze, że tu możesz zostać, że oto osiągnąłeś cel wędrówki. Ale to nie prawda - nigdzie nie możesz zostać i nigdy nie zdołasz się zatrzymać. A więc czy ten cel tak naprawdę wogóle istnieje ?
Czy może człowiekiem czyni cię to, że możesz pragnąć tego właśnie swojego miejsca, tego celu drogi? A może to, że nie wystarcza ci istnieć i przemijać - że pragniesz sensu życia, czegoś więcej, czegoś silniejszego od ciebie i większego od ciebie? Może już to, że jesteś w stanie zadumać się nad twoim przemijaniem, stanowi jego sens?
Może przemijasz, by się zastanawiać - bez końca i bez jednoznacznej odpowiedzi - czy to jest moja droga, czy ona ma sens, dlaczego na nią wszedłem, czy warto nią iść, czy warto poświęcić wszystkie inne drogi - dla tej jednej, którą wybrałem? Czy dam sobie na niej radę ? Czy znajdę siłę, by jej nie opuścić, by obierać ją ciągle od nowa? By się nie zgubić w gąszczu splątanych ścieżek. By nie zapomnieć, że warto. Że przemijanie ma sens. Ma sens. Ma sens...
niedziela, 29 marca 2009
Psycho - terapia
Człowiek, który czuje się TAM gorszy od innych. Nawet jeśli inni nie są lepsi od niego.
Człowiek, który wie, że obserwuje go czujne oko krytyki, i to wcale nie to patrzące "z góry" lecz raczej z tego samego poziomu.
Człowiek, który musi trwać w roli. Czy już zawsze?
Człowiek, który wie, że są miejsca, gdzie lepiej nie mówić wszyskiego, zwłaszcza o sobie. Że lepiej schować się w tłumie, nie dzielić się przemyśleniami. Nie wychylać i nie drążyć.
Człowiek, który traci siebie. Czy warto ? Czy nie można inaczej ?
I ludzie, którzy nie są jego przyjaciółmi. Bo wśród przyjaciół niczego nie trzeba udawać. Wśród przyjaciół, gdziekolwiek jesteś, jesteś w domu.
Dlatego już dość. Wystarczy. Wiem, widziałam, rozumiem, jestem przerażona.
Nie daj mi zniknąć w tłumie. Nie daj zapomnieć o co naprawdę chodziło.
Człowiek, który wie, że obserwuje go czujne oko krytyki, i to wcale nie to patrzące "z góry" lecz raczej z tego samego poziomu.
Człowiek, który musi trwać w roli. Czy już zawsze?
Człowiek, który wie, że są miejsca, gdzie lepiej nie mówić wszyskiego, zwłaszcza o sobie. Że lepiej schować się w tłumie, nie dzielić się przemyśleniami. Nie wychylać i nie drążyć.
Człowiek, który traci siebie. Czy warto ? Czy nie można inaczej ?
I ludzie, którzy nie są jego przyjaciółmi. Bo wśród przyjaciół niczego nie trzeba udawać. Wśród przyjaciół, gdziekolwiek jesteś, jesteś w domu.
Dlatego już dość. Wystarczy. Wiem, widziałam, rozumiem, jestem przerażona.
Nie daj mi zniknąć w tłumie. Nie daj zapomnieć o co naprawdę chodziło.
poniedziałek, 6 października 2008
Krzesło
Co powinno sięstać z człowiekiem, który by Ciebie zabił?
Czego byś chciał dla niego? Takiej samej śmierci jak Twoja? Czegośgorszego czy lepszego? Co dałoby posadzenie go na krześle elektrycznym? Czy zabijając można naprawić świat?
Czy nie lepiej byłoby gdybyśmy chcieli jakiegoś pożytku z tego wszystkiego? Złapaliśmy przestępcę - mamy więc szansęgo zmienić. A nawet jeśli to się nie uda - niektórzy twierdzą, że to się nigdy nie udaje - możemy się czegoś o nim dowiedzieć, choćby tego, jak stał się tym kim jest. I możemy - jako społeczeństwo - nie popełniać ciągle tych samych błędów.
Zawsze pozostają inne możliwości. Dlaczego przestępca nie miałby wykonywać pracy, tak ciężkiej, że aż boimy sięo nije myśleć. Dlaczego niemiałby zjeżdżać co dzień do kopalni, by być tam sam na sam z ciemnością ? Czy taka kara nie ma większej szansy kogoś zmienić niż tylko widmo śmierci?
I jeszcze jedno - jaki pożytek dla świata, może wynikać z tego, że się zabija "dla sprawiedliwości"? Czy nie robimy w ten sposób ze "sprawiedliwych" - morderców? Czy nie psujemy tego co czyste?Czy nie odbieramy światu szansy na to by stał się lepszy?
Why would someone belive in death not life?
Czego byś chciał dla niego? Takiej samej śmierci jak Twoja? Czegośgorszego czy lepszego? Co dałoby posadzenie go na krześle elektrycznym? Czy zabijając można naprawić świat?
Czy nie lepiej byłoby gdybyśmy chcieli jakiegoś pożytku z tego wszystkiego? Złapaliśmy przestępcę - mamy więc szansęgo zmienić. A nawet jeśli to się nie uda - niektórzy twierdzą, że to się nigdy nie udaje - możemy się czegoś o nim dowiedzieć, choćby tego, jak stał się tym kim jest. I możemy - jako społeczeństwo - nie popełniać ciągle tych samych błędów.
Zawsze pozostają inne możliwości. Dlaczego przestępca nie miałby wykonywać pracy, tak ciężkiej, że aż boimy sięo nije myśleć. Dlaczego niemiałby zjeżdżać co dzień do kopalni, by być tam sam na sam z ciemnością ? Czy taka kara nie ma większej szansy kogoś zmienić niż tylko widmo śmierci?
I jeszcze jedno - jaki pożytek dla świata, może wynikać z tego, że się zabija "dla sprawiedliwości"? Czy nie robimy w ten sposób ze "sprawiedliwych" - morderców? Czy nie psujemy tego co czyste?Czy nie odbieramy światu szansy na to by stał się lepszy?
Why would someone belive in death not life?
poniedziałek, 23 czerwca 2008
Więźniowie biologii
Zachowanie człowieka, jego charakter, są determinowane genetycznie. To czy ktoś będzie przestrzegał zasad, czy żył, jakby żadne reguły nie istniały - czysta genetyka. Co więcej - ponoć nie można tego całkowicie zmienić - prędzej czy później wyjdzie na wierzch to, co mamy w swej biologii zapisane.
A są tam nie tylko informacje o kolorze skóry, czy włosów, o białkach niezbędnych dla naszego istnienia, ale też o tym czy będziemy kłamcami, mordercami, pedofilami, czy popełnimy samobójstwo i jaką partię polityczną będziemy wspierać, nie mówiąc o rzeczach tak oczywistych jak orientacja seksualna. Rodzimy się z zestawem genów - nic nie możemy poradzić, na to co mamy tam zapisane. I pewnie w przyszłości naszym dzieciom, czy wnukom będzie można te geny ulepszyć, pozmieniać, wyprodukować nadczłowieka.
Czy tego chcemy? I czy nie możemy zdecydować o tym kim jesteśmy? Czy nie możemy się zmienić? Co albo kto może nas wyzwolić z kajdan biologii z którą się urodziliśmy. Czy istnieje coś więcej?
Musi istnieć. Jesteśmy czymś niż tylko kośćmi i mięsem. Jesteśmy ludźmi, a człowiek to brzmi dumnie. Wspaniale jest być człowiekiem. Jesteśmy ogromną Tajemnicą dla nas samych i obyśmy nie obdarli się do cna z zasłon tej tajemnicy. Bo zacznie nam uciekać to co najważniejsze. Mamy geny jakie mamy, ale mamy też wolną wolę. Jedni mają z nią trudniej, inni łatwiej, ale wszystko jest możliwe, bo to my decydujemy o naszym życiu. Biologia - jej wpływ nie może stać się dla nas usprawiedliwieniem. Naszą idealną wymówką. Życie nie jest takie proste. Wierzę, i nie chcę by mi to zabierały naukowe badania, że człowiek jest kimś więcej niż tylko geny. Więcej nawet niż umysł, świadomość. Człowiekiem czyni cię wolna wola i sumienie. Poczucie, że jestem człowiekiem, które zobowiązuje. I to są aspekty zbyt ulotne, by były zapisane gdzieś w genach.
A są tam nie tylko informacje o kolorze skóry, czy włosów, o białkach niezbędnych dla naszego istnienia, ale też o tym czy będziemy kłamcami, mordercami, pedofilami, czy popełnimy samobójstwo i jaką partię polityczną będziemy wspierać, nie mówiąc o rzeczach tak oczywistych jak orientacja seksualna. Rodzimy się z zestawem genów - nic nie możemy poradzić, na to co mamy tam zapisane. I pewnie w przyszłości naszym dzieciom, czy wnukom będzie można te geny ulepszyć, pozmieniać, wyprodukować nadczłowieka.
Czy tego chcemy? I czy nie możemy zdecydować o tym kim jesteśmy? Czy nie możemy się zmienić? Co albo kto może nas wyzwolić z kajdan biologii z którą się urodziliśmy. Czy istnieje coś więcej?
Musi istnieć. Jesteśmy czymś niż tylko kośćmi i mięsem. Jesteśmy ludźmi, a człowiek to brzmi dumnie. Wspaniale jest być człowiekiem. Jesteśmy ogromną Tajemnicą dla nas samych i obyśmy nie obdarli się do cna z zasłon tej tajemnicy. Bo zacznie nam uciekać to co najważniejsze. Mamy geny jakie mamy, ale mamy też wolną wolę. Jedni mają z nią trudniej, inni łatwiej, ale wszystko jest możliwe, bo to my decydujemy o naszym życiu. Biologia - jej wpływ nie może stać się dla nas usprawiedliwieniem. Naszą idealną wymówką. Życie nie jest takie proste. Wierzę, i nie chcę by mi to zabierały naukowe badania, że człowiek jest kimś więcej niż tylko geny. Więcej nawet niż umysł, świadomość. Człowiekiem czyni cię wolna wola i sumienie. Poczucie, że jestem człowiekiem, które zobowiązuje. I to są aspekty zbyt ulotne, by były zapisane gdzieś w genach.
Droga
Wszystkim tym, których spotkałam, a którzy uczynili mnie tym kim jestem teraz.
Idziemy po to, żeby dojść. Do celu. Celu, który bezustannie mamy przed oczami. Nasze marzenie do spełnienia. Sens naszego życia.
Ktoś kiedyś (i naprawdę nie pamiętam kto ani kiedy) powiedział, że nie o to chodzi żeby, dojść, ale o to żeby iść. A ktoś inny, że z daleka lepiej widać. Owszem widać - po czasie jaki upływa , po nowych doświadczeniach i osiągniętych celach i znowu nowych wyznaczonych sobie do zdobycia, zdajesz sobie sprawę, że nie doceniałeś skarbu trzymanego w rękach - Drogi. A teraz, gdy twój szczyt zdobyty i wreszcie rozumiesz - nie możesz już wrócić. Twój czas minął, nowi zajęli twoje miejsce, przejęli twoją rolę. A nawet gdybyś wrócił - to już nie będzie to samo. Ludzie obok ciebie już nie ci sami -bez nich Droga jakby nie ta sama. I zdajesz sobie sprawę - to oni byli tam najważniejsi. To oni czynią Drogę tym czym jest.
Patrząc z dystansu tak bardzo ceni się te kilka lat , kiedy nie było się ani dzieckiem, ani dorosłym. Te kilka lat, w czasie których, poznało się ludzi być może najważniejszych. Tych dla których liczył się drugi, idący z nimi człowiek. Tych którzy byli nauczycielami życia dla siebie nawzajem. Wśród tych, którzy mogliby spędzać niemal dowolną ilość czasu tylko na byciu ze sobą. Na poznawaniu drugiego człowieka.
To ci, którzy czynią Drogę wartą tego by nią iść. To ci którzy czynią ją niepowtarzalną. To ci którzy idą obok ciebie.
Idziemy po to, żeby dojść. Do celu. Celu, który bezustannie mamy przed oczami. Nasze marzenie do spełnienia. Sens naszego życia.
Ktoś kiedyś (i naprawdę nie pamiętam kto ani kiedy) powiedział, że nie o to chodzi żeby, dojść, ale o to żeby iść. A ktoś inny, że z daleka lepiej widać. Owszem widać - po czasie jaki upływa , po nowych doświadczeniach i osiągniętych celach i znowu nowych wyznaczonych sobie do zdobycia, zdajesz sobie sprawę, że nie doceniałeś skarbu trzymanego w rękach - Drogi. A teraz, gdy twój szczyt zdobyty i wreszcie rozumiesz - nie możesz już wrócić. Twój czas minął, nowi zajęli twoje miejsce, przejęli twoją rolę. A nawet gdybyś wrócił - to już nie będzie to samo. Ludzie obok ciebie już nie ci sami -bez nich Droga jakby nie ta sama. I zdajesz sobie sprawę - to oni byli tam najważniejsi. To oni czynią Drogę tym czym jest.
Patrząc z dystansu tak bardzo ceni się te kilka lat , kiedy nie było się ani dzieckiem, ani dorosłym. Te kilka lat, w czasie których, poznało się ludzi być może najważniejszych. Tych dla których liczył się drugi, idący z nimi człowiek. Tych którzy byli nauczycielami życia dla siebie nawzajem. Wśród tych, którzy mogliby spędzać niemal dowolną ilość czasu tylko na byciu ze sobą. Na poznawaniu drugiego człowieka.
To ci, którzy czynią Drogę wartą tego by nią iść. To ci którzy czynią ją niepowtarzalną. To ci którzy idą obok ciebie.
czwartek, 27 grudnia 2007
Cogito ergo sum...
Żeby być
Idź dokąd poszli tamci, do ciemnego kresu
Już na początku swego przesłania pan Cogito wyznacza metę naszej niezwykłej wędrówki, miejsce, w które nas posyła - ciemność, nicość, smierć - tam gdzie trafili wszyscy, którzy byli tu przed nami. Nie obiecuje nagrody, wiecznego szczęścia, raju, on nic nie może nam dać, jedynie złotego runa nicości możemy się spodziewać. Nie wierzy w krainę szczęśliwości, w której czeka nas nagroda za dobre uczynki. Bo czy można mówić o bezinteresowności, gdy jest się człowiekiem biorącym udział w wyścigu po nagrodę? Czy jest się bezinteresownym gdy liczy się na zapłatę? Nie obiecyje nam więc Cogito niczego - wymaga wiele - idź wyprostowany wśród tych co na kolanach. Może to oni będą mieli łatwiej. Będą bogatsi. Nie będą cierpieć. Może będą się śmiać, gdy ty będziesz płacił najwyszą cenę za wyprostowaną postawę. Może opłaciło się klęknąć? Wyrzucić zasady w kąt? Odwrócić się plecami do mniejszych i słabszych a dołączyć do silnych? Kim byś był, gdybyś oddał im swoją godność? Gdybyś pozwolił obalić się w proch, czy mógłbyś jeszcze kiedyś spojrzeć w lustro?
Ocalałeś, żyjesz, istniejesz. Chcesz korzystać z życia. Ale to nie jest proste dla takich jak Ty. Tych co wiedzą jak mało mają czasu, jak bardzo liczy się każda chwila, jak jest cenna. Czego świadectwo zostawisz po sobie? Kto Cię zapamięta? I jak? Gdy sam nie wiesz, w którą pójść stronę - jak możesz dać świadectwo? Czy dasz radę, gdy sam nie wiesz co robić - czy dasz świadectwo odwagi? Czy będziesz bronił swoich przekonań, wśród szyderstw, wśród wrogów, do ostatniej kropli krwi? Czy warto? I czego masz właściwie tak odważnie bronić? Czym się kierować?
Dostaniesz wskazówki. Kilka prostych słów. Haseł, którymi kierować się w życiu nie będzie łatwo. Pierwszy z twoich nowych przyjaciół to Gniew. Ale Gniew bezsilny - nie liczy się więc ile zdziałasz, liczy się uczucie rodzące się w twej duszy, ono czyni cię tym kim jesteś. Jeśli nie zdołasz nic zmienić, trudno, niepozostałeś jednak obojętny na głos poniżonych i bitych. Jesteś człowiekiem dzięki tym rodzącym się w tobie uczuciom. Za Gniewem, siostra twoja - Pogarda. Jednakże nie jak daje ją świat - dla mniejszych i słabszych, lesz dla szpiclów, katów i tchórzy - gardzić masz tylko posępowaniem niegodnym człowieczeństwa, niegodnym istoty ludzkiej. Dlaczego więc to oni mają wygrywać? Dlaczego oni mają tu zostać gdzy ciebie już nie będzie? Na twoim pogrzebie odetchną z ulgą - czy więc naprawdę wygrali? Skoro będą musieli łagodzić twój życiorys? Czy to nie będzie właśnie Twoje zwycięstwo?
A czego ci nie wolno? Nie przebaczaj? Przebaczanie które jest wyrazem Twojej miłości do ludzi - to nie ono jest tu na świeczniku. To moralny permisywizm. Łatwe usprawiedliwianie mniejszych i większych zbrodni. 'Tak trzeba było', 'takie były czasy', 'co by to zmieniło', aż do ostaniego - 'oni by mnie przecież zabili' i jedynej możliwej odpowiedzi - więc powinieneś był zginąć, zginąć za swoje zasady, za swoich przyjaciół. Bo Ty nie masz władzy przebaczyć, w imieniu tych, których tu nie ma. Nie masz władzy pomóc tym, którzy zdradzili swych przyjaciół o świcie. Oni będą musieli z tym żyć. Wytrzymać sami ze sobą, do końca, z nieustannym poczuciem winy, bo nie ma im już kto przebaczyć.
Nie sądź jednak, że zasady, którymi będziesz się kierował uczynią cię kimś lepszym od innych. Im więcej było ci dane, tym więcej będzie się od ciebie wymagać - będzie ci więc ciężej niż im. Będziesz ciężko pracował, a nie doczeaksz się uznania, lecz drwiny. Będziesz patrzył w lustro i zastanawiał się - dlaczego właśnie ja? Każdy z nas wie, że jest tylu ludzi lepszych od niego. Dlaczego więc to nie oni tu stoją? Dlaczego właśnie ja? Jestem przecież zwykłym człowiekiem, jestem nikim, dlaczego właśnie ja? Dlaczego to ja usłyszałem wezwanie? Co mnie wyróżnia? Czyż nie było lepszych?
Tylko nie zmieniaj się z czasem, nie popadaj w rutynę, nie pozwól by zimno ogarnęło twe serce. Kochaj. Kochaj to co tajemnicze i piękne. Kochaj to co stanowi istotę świata, a czego nikt do końca nie może pojąć. Kochaj wolność ptaka na niebie, kochaj majestat starego dębu, kochaj nadzieją jaką daje każdy kolejny świt. Czy one potrzebują ciebie - nie, to ty potrzebujesz ich. Potrzebujesz ich piękna, choć widzisz przy nich jaki jesteś mały i samotny. Ciesz się nimi, a każdego dnia dadzą ci siłę, by wstać i pójść, pójść przed siebie drogą jednocześnie ukochaną i znienawidzoną. Dojdziesz czy nie? Dokąd idziesz? Sam tego nie wiesz? Nie masz już wyboru, zdecydowałeś się wyruszyć. Życie twoje jest twiom największym skarbem i najwięszym przekleństwem. Nie chce się zatrzymać twoje serce, nawet gdy nie masz już sił. Możesz tylko brnąć dalej przed siebie, powtarzając to, co usłyszałeś od starszych i mądrzejszych. Tak masz do czegoś dojść, ale ty wiesz, że nie czeka na ciebie chwała. A mimo to powtarzasz wielkie słowa, słowa których sensu może nie rozumiesz, słowa, które wypowiadal ci, którzy szli tędy przed tobą.
Ale ty już wiesz, że nie czeka na ciebie nagroda - po co więć idziesz, co sprawia, że nie pogrążasz się w beznadziei? Po co idziesz? Po chłostę śmiechu? Zabójstwo na śmietniku? Na spotkanie zimnego, okrutnego świata, a jednak wychodzisz. Wychodzisz, bo chcesz być taki jak oni - bojownicy o to co nieosiągalne. Wychodzisz, bo chcesz być jednym z nich - obrońcą królestwa bez kresu i miasta popiołów. Królestwa bez granic, królestwa bez ziem, królestwa moralności, królestwa sumienia. Wbrew wszelkiej logice. Miasta popiołów - spalonego, zniszczonego, nieistniejącego, ulotnego, miatra idei. Bo na przekór wszystkiemu, chcesz wierzyć, że one istnieją, że ich nie da się zniszczyć, że idee są kuloodporne.
Oto twoja szansa, jedyna decyzja, która do ciebie należy - decydujesz co zrobić z czasem, który został ci dany. I jedyna wskazówka udzielona Ci przez pana Cogito:
Bądź wierny. Idź.
Na podstawie "Przesłania Pana Cogito" Zbigniewa Herberta
oraz:
Królestwa niebieskiego
V jak Vendetta
Władcy Pierścieni
Harrego Pottera
i innych tekstów kultury, które sprawiły, że myślę to co myślę, a których nie da się tutaj wymienić
Już na początku swego przesłania pan Cogito wyznacza metę naszej niezwykłej wędrówki, miejsce, w które nas posyła - ciemność, nicość, smierć - tam gdzie trafili wszyscy, którzy byli tu przed nami. Nie obiecuje nagrody, wiecznego szczęścia, raju, on nic nie może nam dać, jedynie złotego runa nicości możemy się spodziewać. Nie wierzy w krainę szczęśliwości, w której czeka nas nagroda za dobre uczynki. Bo czy można mówić o bezinteresowności, gdy jest się człowiekiem biorącym udział w wyścigu po nagrodę? Czy jest się bezinteresownym gdy liczy się na zapłatę? Nie obiecyje nam więc Cogito niczego - wymaga wiele - idź wyprostowany wśród tych co na kolanach. Może to oni będą mieli łatwiej. Będą bogatsi. Nie będą cierpieć. Może będą się śmiać, gdy ty będziesz płacił najwyszą cenę za wyprostowaną postawę. Może opłaciło się klęknąć? Wyrzucić zasady w kąt? Odwrócić się plecami do mniejszych i słabszych a dołączyć do silnych? Kim byś był, gdybyś oddał im swoją godność? Gdybyś pozwolił obalić się w proch, czy mógłbyś jeszcze kiedyś spojrzeć w lustro?
Ocalałeś, żyjesz, istniejesz. Chcesz korzystać z życia. Ale to nie jest proste dla takich jak Ty. Tych co wiedzą jak mało mają czasu, jak bardzo liczy się każda chwila, jak jest cenna. Czego świadectwo zostawisz po sobie? Kto Cię zapamięta? I jak? Gdy sam nie wiesz, w którą pójść stronę - jak możesz dać świadectwo? Czy dasz radę, gdy sam nie wiesz co robić - czy dasz świadectwo odwagi? Czy będziesz bronił swoich przekonań, wśród szyderstw, wśród wrogów, do ostatniej kropli krwi? Czy warto? I czego masz właściwie tak odważnie bronić? Czym się kierować?
Dostaniesz wskazówki. Kilka prostych słów. Haseł, którymi kierować się w życiu nie będzie łatwo. Pierwszy z twoich nowych przyjaciół to Gniew. Ale Gniew bezsilny - nie liczy się więc ile zdziałasz, liczy się uczucie rodzące się w twej duszy, ono czyni cię tym kim jesteś. Jeśli nie zdołasz nic zmienić, trudno, niepozostałeś jednak obojętny na głos poniżonych i bitych. Jesteś człowiekiem dzięki tym rodzącym się w tobie uczuciom. Za Gniewem, siostra twoja - Pogarda. Jednakże nie jak daje ją świat - dla mniejszych i słabszych, lesz dla szpiclów, katów i tchórzy - gardzić masz tylko posępowaniem niegodnym człowieczeństwa, niegodnym istoty ludzkiej. Dlaczego więc to oni mają wygrywać? Dlaczego oni mają tu zostać gdzy ciebie już nie będzie? Na twoim pogrzebie odetchną z ulgą - czy więc naprawdę wygrali? Skoro będą musieli łagodzić twój życiorys? Czy to nie będzie właśnie Twoje zwycięstwo?
A czego ci nie wolno? Nie przebaczaj? Przebaczanie które jest wyrazem Twojej miłości do ludzi - to nie ono jest tu na świeczniku. To moralny permisywizm. Łatwe usprawiedliwianie mniejszych i większych zbrodni. 'Tak trzeba było', 'takie były czasy', 'co by to zmieniło', aż do ostaniego - 'oni by mnie przecież zabili' i jedynej możliwej odpowiedzi - więc powinieneś był zginąć, zginąć za swoje zasady, za swoich przyjaciół. Bo Ty nie masz władzy przebaczyć, w imieniu tych, których tu nie ma. Nie masz władzy pomóc tym, którzy zdradzili swych przyjaciół o świcie. Oni będą musieli z tym żyć. Wytrzymać sami ze sobą, do końca, z nieustannym poczuciem winy, bo nie ma im już kto przebaczyć.
Nie sądź jednak, że zasady, którymi będziesz się kierował uczynią cię kimś lepszym od innych. Im więcej było ci dane, tym więcej będzie się od ciebie wymagać - będzie ci więc ciężej niż im. Będziesz ciężko pracował, a nie doczeaksz się uznania, lecz drwiny. Będziesz patrzył w lustro i zastanawiał się - dlaczego właśnie ja? Każdy z nas wie, że jest tylu ludzi lepszych od niego. Dlaczego więc to nie oni tu stoją? Dlaczego właśnie ja? Jestem przecież zwykłym człowiekiem, jestem nikim, dlaczego właśnie ja? Dlaczego to ja usłyszałem wezwanie? Co mnie wyróżnia? Czyż nie było lepszych?
Tylko nie zmieniaj się z czasem, nie popadaj w rutynę, nie pozwól by zimno ogarnęło twe serce. Kochaj. Kochaj to co tajemnicze i piękne. Kochaj to co stanowi istotę świata, a czego nikt do końca nie może pojąć. Kochaj wolność ptaka na niebie, kochaj majestat starego dębu, kochaj nadzieją jaką daje każdy kolejny świt. Czy one potrzebują ciebie - nie, to ty potrzebujesz ich. Potrzebujesz ich piękna, choć widzisz przy nich jaki jesteś mały i samotny. Ciesz się nimi, a każdego dnia dadzą ci siłę, by wstać i pójść, pójść przed siebie drogą jednocześnie ukochaną i znienawidzoną. Dojdziesz czy nie? Dokąd idziesz? Sam tego nie wiesz? Nie masz już wyboru, zdecydowałeś się wyruszyć. Życie twoje jest twiom największym skarbem i najwięszym przekleństwem. Nie chce się zatrzymać twoje serce, nawet gdy nie masz już sił. Możesz tylko brnąć dalej przed siebie, powtarzając to, co usłyszałeś od starszych i mądrzejszych. Tak masz do czegoś dojść, ale ty wiesz, że nie czeka na ciebie chwała. A mimo to powtarzasz wielkie słowa, słowa których sensu może nie rozumiesz, słowa, które wypowiadal ci, którzy szli tędy przed tobą.
Ale ty już wiesz, że nie czeka na ciebie nagroda - po co więć idziesz, co sprawia, że nie pogrążasz się w beznadziei? Po co idziesz? Po chłostę śmiechu? Zabójstwo na śmietniku? Na spotkanie zimnego, okrutnego świata, a jednak wychodzisz. Wychodzisz, bo chcesz być taki jak oni - bojownicy o to co nieosiągalne. Wychodzisz, bo chcesz być jednym z nich - obrońcą królestwa bez kresu i miasta popiołów. Królestwa bez granic, królestwa bez ziem, królestwa moralności, królestwa sumienia. Wbrew wszelkiej logice. Miasta popiołów - spalonego, zniszczonego, nieistniejącego, ulotnego, miatra idei. Bo na przekór wszystkiemu, chcesz wierzyć, że one istnieją, że ich nie da się zniszczyć, że idee są kuloodporne.
Oto twoja szansa, jedyna decyzja, która do ciebie należy - decydujesz co zrobić z czasem, który został ci dany. I jedyna wskazówka udzielona Ci przez pana Cogito:
Bądź wierny. Idź.
Na podstawie "Przesłania Pana Cogito" Zbigniewa Herberta
oraz:
Królestwa niebieskiego
V jak Vendetta
Władcy Pierścieni
Harrego Pottera
i innych tekstów kultury, które sprawiły, że myślę to co myślę, a których nie da się tutaj wymienić
Magia Świąt
24.12.07
Bo przecież musi być stół
Zwykły, drewniany upchnięty w kuchni pod ścianą, przykryty ceratą. Na nim mnóstwo pudełek i pudełeczek, różne kubki, każdy przypisany do jednego z członków rodziny. Tego dnia jednak nikt nie będzie przy nim jadł, zostaną tu tylko pokrojone suszące się jesienią nad piecem grzybki, odstawionbe niepotrzebne naczynia i potrawy czekające na swoją godzinę, na pierwszą gwiazdkę.
I ten drugi, rozstawiony na środku pokoju, przykryty odświętnym obrusem, z siankiem pod spodem, ze świecą i opłatkiem na nim. I z jednym dodatkowym nakryciem, czekającym na strudzonego wędrowca, na niespodziewanego gościa, albo może bardziej pozostawionego po tych, których już tu nie ma.
I dobre oczy nad stołem
Oczy kogoś kto kocha, płonące blaskiem świecy, choinkowych światełek i radością z jedynego takiego dnia w roku. Całego spędzanego jedynie na celebrowaniu miłości. Miłości do bliskich, rodziny, przyjaciół, kolegów z pracy, współpasażerów w autobusie - do człowieka.
Ulica kręta w dół i łuna ponad kościołem.
Dlaczego akurat tego dnia serca wszystkich zalewają ciepłe, przyjazne uczucia? Czy to wpływ aury, wszędoby7lskich dekoracji, czy może chodzi o coś więcej? Może co roku celebrujemy już tylko tradycję, swoją polskość? A może jeszcze pamiętamy dlaczego właśnie tego dnia celebrujemy Miłość? Świętujemy Jej przyjście do nas, zalanie naszej historii Jej blaskiem. Świętujemy Boże Narodzenie - przyjście wielkiej Miłości w małym, kruchym ciele, Miłości, która później zmienić miała bieg świata. I która dała nam dni takie jak ten.
Obyśmy potrafili tę Miłość celebrować codziennie i codziennie się nią dzielić.
Cytaty z "Kolędy rozterek" Budki Suflera
Zwykły, drewniany upchnięty w kuchni pod ścianą, przykryty ceratą. Na nim mnóstwo pudełek i pudełeczek, różne kubki, każdy przypisany do jednego z członków rodziny. Tego dnia jednak nikt nie będzie przy nim jadł, zostaną tu tylko pokrojone suszące się jesienią nad piecem grzybki, odstawionbe niepotrzebne naczynia i potrawy czekające na swoją godzinę, na pierwszą gwiazdkę.
I ten drugi, rozstawiony na środku pokoju, przykryty odświętnym obrusem, z siankiem pod spodem, ze świecą i opłatkiem na nim. I z jednym dodatkowym nakryciem, czekającym na strudzonego wędrowca, na niespodziewanego gościa, albo może bardziej pozostawionego po tych, których już tu nie ma.
I dobre oczy nad stołem
Oczy kogoś kto kocha, płonące blaskiem świecy, choinkowych światełek i radością z jedynego takiego dnia w roku. Całego spędzanego jedynie na celebrowaniu miłości. Miłości do bliskich, rodziny, przyjaciół, kolegów z pracy, współpasażerów w autobusie - do człowieka.
Ulica kręta w dół i łuna ponad kościołem.
Dlaczego akurat tego dnia serca wszystkich zalewają ciepłe, przyjazne uczucia? Czy to wpływ aury, wszędoby7lskich dekoracji, czy może chodzi o coś więcej? Może co roku celebrujemy już tylko tradycję, swoją polskość? A może jeszcze pamiętamy dlaczego właśnie tego dnia celebrujemy Miłość? Świętujemy Jej przyjście do nas, zalanie naszej historii Jej blaskiem. Świętujemy Boże Narodzenie - przyjście wielkiej Miłości w małym, kruchym ciele, Miłości, która później zmienić miała bieg świata. I która dała nam dni takie jak ten.
Obyśmy potrafili tę Miłość celebrować codziennie i codziennie się nią dzielić.
Cytaty z "Kolędy rozterek" Budki Suflera
środa, 28 listopada 2007
Wolność wyboru
Czy to kim lub czym jesteśmy jest zdeterminowane przez miejsce i czas naszego życia? Czy przez nasz kod genetyczny? Czy coś decuduje za nas czym jesteśmy?
Czy którekolwiek nasze wybory są więc tak naprawdę nasze? Skoro przecież urodziliśmy sięw pewnej kulturze, nie pozbędziemy się jej nigdy z naszej świadomości, więc czy naprawdę kreujemy siebie, czy tak nam się tylko wydaje? Czy nasza wolna wola nie jest jedynie złudzeniem, dającym nam poczucie, że panujemy nad własnym życiem, podczas gdy faktycznie płyniemy z prądem wydarzeń, które się nam przytrafiają, sami nie znając swoich reakcji w sytuacjach, które się nam nie przytrafiły?
Czy mamy jakąkolwiek moc decydowania o tym kim jesteśmy? Czy kiedykolwiek będziemy pewni, że nasze decyzje są słuszne? Czy kiedykolwiek przekonamy się, że w innej rzeczywistości zrobilibyśmy to samo, bo jesteśmy sobą? A może wcale nie byłoby tak? Czy znaleźlibyśmy drogę by stać się sobą, a przynajmniej tymi, których uważamy za samych siebie?
Czy geny i los decydują za nas? Czy w ogóle istnieje jakaś niezmienna cząstka nas - dusza?- która niezależnie od okoliczności pozostanie na zawsze - jedyna, niepowtarzalna, warunkująca naszą indywidualność, nasze istnienie jako samodzielnych istot ludzkich?
Czy jesteśmy tylko wytworem rachunku prawdopodobieństwa?
Kim jest Człowiek?
Czy istnieje odpowiedź?
Czy którekolwiek nasze wybory są więc tak naprawdę nasze? Skoro przecież urodziliśmy sięw pewnej kulturze, nie pozbędziemy się jej nigdy z naszej świadomości, więc czy naprawdę kreujemy siebie, czy tak nam się tylko wydaje? Czy nasza wolna wola nie jest jedynie złudzeniem, dającym nam poczucie, że panujemy nad własnym życiem, podczas gdy faktycznie płyniemy z prądem wydarzeń, które się nam przytrafiają, sami nie znając swoich reakcji w sytuacjach, które się nam nie przytrafiły?
Czy mamy jakąkolwiek moc decydowania o tym kim jesteśmy? Czy kiedykolwiek będziemy pewni, że nasze decyzje są słuszne? Czy kiedykolwiek przekonamy się, że w innej rzeczywistości zrobilibyśmy to samo, bo jesteśmy sobą? A może wcale nie byłoby tak? Czy znaleźlibyśmy drogę by stać się sobą, a przynajmniej tymi, których uważamy za samych siebie?
Czy geny i los decydują za nas? Czy w ogóle istnieje jakaś niezmienna cząstka nas - dusza?- która niezależnie od okoliczności pozostanie na zawsze - jedyna, niepowtarzalna, warunkująca naszą indywidualność, nasze istnienie jako samodzielnych istot ludzkich?
Czy jesteśmy tylko wytworem rachunku prawdopodobieństwa?
Kim jest Człowiek?
Czy istnieje odpowiedź?
środa, 31 października 2007
Karmić miłością
30.08.2007 r.
Jedenastoletnia dziewczynka wychodzi ze szkoły oddalonej o pięć minut piechotą od domu. Mija dobrze jej znany placyk zabaw, na którym siedzą jakieś "maluchy" z mamami. Rozgląda się ostrożnie zanim przejdzie przez osiedlową uliczkę i pójdzie wzdłuż bloku w kierunku swojej bramy. Gdy już minie piaskownicę będzie patrzyła w górę, w kierunku okna na pierwszym piętrze. Patrzy tam zawsze gdy wchodzi albo wychodzi, jak każdy, kto się w tym domu wychował. Zawsze widzi uniesioną rękę, żegna ją i wita ciepłe spojrzenie.Dziś jest tak samo - widzi machającą do niej dłoń, która po chwili znika, by otworzyć przed nią drzwi mieszkania. Wbiega więc po schodach, rzuca szybkie 'Cześć Babciu!', w pokoiku zdejmuje tornister i kurtkę i wparowuje do kuchni, gdzie Babcia siedzi jak zwykle pilnując gotującego się obiadu. Sama też siada w kąciku, na swoim ulubionym miejscy przy drzwiach i rzuca znów 'Ale jestem dzisiaj głodna'.
To nie jest zwyczajna sytuacja. Dziewczynka nie lubi tego, że musi jeść obiad jak tylko wróci, często grymasi, a zupy to już w ogóle lepiej by nie jadła - no chyba, że pomidorowa. Pewnie nie zjadła dzisiaj szkolnego śniadania, że jest akurat odwrotnie, nawet ma ochotę na ten cały obiad. Babcia powie jeszcze tylko: 'To Babcia się bardzo cieszy jak tak mówisz' zanim postawi przednią pełen, parujący jeszcze talerz.
Teraz dziewczynka jest już duża - właściwie całkiem dorosła - i zastanawia się czasem, dlaczego właśnie to pamięta tak dokładnie - przecież przez 9 lat szkoły wszystko odbywało się tak samo - przychodziła, zjadała obiad... Obiad, który też wyglądał pewnie codziennie podobnie. Dlaczego więc pamięta akurat ten dzień? Nie wie właściwie, kiedy dokładnie to było, nie wie nawet co było akurat wtedy na obiad, a jednak pamięta. Pamięta uśmiechnięte oczy, siwą głowę, babciny fartuch i słowa - 'Babcia się bardzo cieszy...' I właśnie zaczęła się zastanawiać - z czego właściwie Babcia się cieszyła? - że przyszła głodna, więc zje bez marudzenia? No, bo kto by się cieszył, że od lat codziennie robi to samo? I dziewczynce przyszła do głowy zdumiewająca myśl. Przyszło jej do głowy, że to głodnych trzeba nakarmić. Że Babcia cieszyła się człowiekiem, dla którego można coś zrobić. Na przykład gotować. Bo Babcia była w tym świetna, robiła to przez całe życie. I można by pomyśleć, że to takie przyziemne. Ale nic bardziej mylnego.
Dziewczynka dorosła i teraz już wie dlaczego Babcia nigdy się nie skarżyła, że musi gotować. Dlaczego Babcia cieszyła się każdym kto przychodził na obiad. I skąd się wziął zwyczaj, że w tym domu dla nikogo nie mogło zabraknąć jedzenia. Nie w wigilię, ale w każdy zwykły dzień. Bo tam codziennie jadło się w sferze sacrum.
Ja a jakby nie ja
Jak bardzo to kim jesteśmy może odbiegać od tego kim chcieliśmy być? Czy kiedykolwiek nasze wyobrażenia o tym kim będziemy w przyszłości się sprawdzą? Czy nie trzeba nieustannie rozliczać się ze swoimi marzeniami, ze swoimi wyobrażeniami, aby móc wytrzymać ze sobą i zrobić w swoim życiu miejsce na nowe które nieustannie przychodzi. Bo nie możemy zatrzymać czasu ani cofnąć ani przeskoczyć. Nie mamy magicznego pilota. A kształtuje naszą przyszłość każda chwila naszego życia.
Czas rozliczania się z przeszłością jest dla mnie tu i teraz. Siedzi w całej polskiej kulturze i w mojej pojedynczej, samotnej polskiej świadomości. Czas wspominania tych których nie ma. Czas przekraczania kolejnych granic, czas odchodzenia coraz dalej i dalej od tego co było. Liczenie kolejnych lat. Ale nie zapominanie. Oby nie zapominanie.
Oby tylko każda sekunda przeszłości, oby każda sekunda marzeń trwała w nas bez końca. Oby żadna nie minęła bez echa. Oby każda była doceniona gdy jeszcze trwa. Oby każda sekunda spędzona z tymi których kochamy kształtowała to kim będziemy w przyszłości. Gdy wszystko się zmieni. Gdy ich już przy nas nie będzie.
Czy nie będzie ich naprawdę? Czy nie zostaną w nas?
Czas rozliczania się z przeszłością jest dla mnie tu i teraz. Siedzi w całej polskiej kulturze i w mojej pojedynczej, samotnej polskiej świadomości. Czas wspominania tych których nie ma. Czas przekraczania kolejnych granic, czas odchodzenia coraz dalej i dalej od tego co było. Liczenie kolejnych lat. Ale nie zapominanie. Oby nie zapominanie.
Oby tylko każda sekunda przeszłości, oby każda sekunda marzeń trwała w nas bez końca. Oby żadna nie minęła bez echa. Oby każda była doceniona gdy jeszcze trwa. Oby każda sekunda spędzona z tymi których kochamy kształtowała to kim będziemy w przyszłości. Gdy wszystko się zmieni. Gdy ich już przy nas nie będzie.
Czy nie będzie ich naprawdę? Czy nie zostaną w nas?
sobota, 15 września 2007
Samotność w świecie
Małgorzata Hillar
My z drugiej połowy XX wieku
rozbijający atomy
zdobywcy księżyca
wstydzimy się
miękkich gestów
czułych spojrzeń
ciepłych uśmiechów
Kiedy cierpimy
wykrzywiamy lekceważąco wargi
Kiedy przychodzi miłość
wzruszamy pogardliwie ramionami
Silni cyniczni
z ironicznie zmrużonymi oczami
Dopiero późną nocą
przy szczelnie zasłoniętych oknach
gryziemy z bólu ręce
umieramy z miłości
Epidemia dzisiejszego świata polega na tym, że wszyscy jesteśmy samotni podobno. A przecież jak możemy być samotni, gdy tylu jest ludzi wokól nas? Gdy czasem nie sposób dopchnąć się do tramwaju? Zatłoczone ulice, puby pełne roześmianych grupek przyjaciół - to przecież kolejne ikony naszych czasów. Dlaczego więc właśnie teraz czujemy się samotni? Czy to wszystko co jest wokół nas straciło znaczenie?
Czy naprawdę oderwaliśmy się od korzeni, zapomnieliśmy o tradycjach, o przeszłości i chodzimy zagubieni w wielkim świecie, po pustych, szerokich ulicach? Nie wiemy w którą pójść stronę, bo jesteśmy przeciwko wszystkiemu.
Czy nie jest tak, że cokolwiek dzieje się z naszym światem - to my jesteśmy za to odpowiedzialni? Jeśli ludzie nie potrafią ze sobą rozmawiać, nie potrafią kochać, to może dlatego, że w nas wszystkich za mało jest miłości? Bo przecież nigdzie nie jest się samemu.
A teraz początek umieszczony na końcu, drobna obserwacja. W autobusach i niektórych tramwajach są siedzenia ustawione twarzą do siebie lub obok siebie. Dziwnym trafem nikt nigdy nie siada blisko współpasażerów jeśli nie musi. Ludzie najpierw zajmują dalekie od siebie miejsca, po czym przychodzą następni i skrępowani, właściwie nie wiadomo czym, zajmują pozostałe miejsca, wypełniają luki, starając się przy tym przypadkiem na siebie nie patrzeć. Też tak robię, taki odruch, właściwie nie wiem dlaczego. Może to wynika z nieśmiałości? A może z tego że nie lubimy ludzi? Wcale nie mamy ochoty na rozmowy o pogodzie ze starszymi paniami?
Podobnie zresztą wygląda 'syndrom empetrójki' - coraz więcej ludzi chodzi z zatkanymi uszami i niewidzącym wzrokiem wpatrzonym w przestrzeń. Nie patrzymy na siebie. Czy nie mamy po co? Czy nie wszyscy czujemy się tak samo samotni choć w tłumie?
My z drugiej połowy XX wieku
rozbijający atomy
zdobywcy księżyca
wstydzimy się
miękkich gestów
czułych spojrzeń
ciepłych uśmiechów
Kiedy cierpimy
wykrzywiamy lekceważąco wargi
Kiedy przychodzi miłość
wzruszamy pogardliwie ramionami
Silni cyniczni
z ironicznie zmrużonymi oczami
Dopiero późną nocą
przy szczelnie zasłoniętych oknach
gryziemy z bólu ręce
umieramy z miłości
Epidemia dzisiejszego świata polega na tym, że wszyscy jesteśmy samotni podobno. A przecież jak możemy być samotni, gdy tylu jest ludzi wokól nas? Gdy czasem nie sposób dopchnąć się do tramwaju? Zatłoczone ulice, puby pełne roześmianych grupek przyjaciół - to przecież kolejne ikony naszych czasów. Dlaczego więc właśnie teraz czujemy się samotni? Czy to wszystko co jest wokół nas straciło znaczenie?
Czy naprawdę oderwaliśmy się od korzeni, zapomnieliśmy o tradycjach, o przeszłości i chodzimy zagubieni w wielkim świecie, po pustych, szerokich ulicach? Nie wiemy w którą pójść stronę, bo jesteśmy przeciwko wszystkiemu.
Czy nie jest tak, że cokolwiek dzieje się z naszym światem - to my jesteśmy za to odpowiedzialni? Jeśli ludzie nie potrafią ze sobą rozmawiać, nie potrafią kochać, to może dlatego, że w nas wszystkich za mało jest miłości? Bo przecież nigdzie nie jest się samemu.
A teraz początek umieszczony na końcu, drobna obserwacja. W autobusach i niektórych tramwajach są siedzenia ustawione twarzą do siebie lub obok siebie. Dziwnym trafem nikt nigdy nie siada blisko współpasażerów jeśli nie musi. Ludzie najpierw zajmują dalekie od siebie miejsca, po czym przychodzą następni i skrępowani, właściwie nie wiadomo czym, zajmują pozostałe miejsca, wypełniają luki, starając się przy tym przypadkiem na siebie nie patrzeć. Też tak robię, taki odruch, właściwie nie wiem dlaczego. Może to wynika z nieśmiałości? A może z tego że nie lubimy ludzi? Wcale nie mamy ochoty na rozmowy o pogodzie ze starszymi paniami?
Podobnie zresztą wygląda 'syndrom empetrójki' - coraz więcej ludzi chodzi z zatkanymi uszami i niewidzącym wzrokiem wpatrzonym w przestrzeń. Nie patrzymy na siebie. Czy nie mamy po co? Czy nie wszyscy czujemy się tak samo samotni choć w tłumie?
wtorek, 26 czerwca 2007
Polityka
Nie sądziłam, że kiedykolwiek wkurzę się aż tak żeby napisać o polityce. Nie sądziłam, że kiedykolwiek stanę się społecznie zaangażowana, czy coś w tym stylu. Aż dzisiaj obejrzałam wiadomości.
I począł w Tobie gniew kiełkować. I pomyślałeś milczenia dość!
Trwa protest pielęgniarek. Siedzą pod i w kancelarii premiera i czekają aż ktoś z nimi porozmawia. Pewnie się nie doczekają - przecież nie są górnikami, nikogo nie pobiją, nie będą rzucać kamieniami. Jedynie siedzą. I usłyszały od Premiera tego kraju, że mężczyzn to policja dawnoby wyrzuciła, więc mają szczęście, że on ma szacunek dla kobiet (!). Bo je to policja tylko troszkę przestawiła. Po czym po rozpoczęciu głodówki usłyszały od wyżej wspomnianego Premiera, że "niezjedzenie kolacji to nie głodówka. To jeszcze nikomu nie zaszkodziło" Ktoś chyba powinien Panu Premierowi wytłumaczyć co to jest SZACUNEK.
Bo cywilizowani ludzie mają szacunek dla każdego człowieka, nie ważne czy jest kobietą, czy nie. Czy jest głową państwa, czy żebrakiem. Człowiek honoru, człowiek prawy, nie zapomni o tym, że wszyscy jesteśmy tacy sami. Nikogo nie będzie poniżał, z nikogo nie będzie drwił. Jeśli więc panie chcą głodować, to nikt nie ma prawa ich wyśmiewać i poniżać. Nie ważne, czy siedzieć im tam wolno, czy nie.
To co mówi i robi ostatnio władza, nie świadczy o pielęgniarkach, ani wyborcach, ani tym kraju. To świadczy o samej władzy. Za każde wypowiedziane słowo trzeba będzie osobiście wziąć odpowiedzialność. Przed narodem, który władzę wybrał i przed Bogiem, jeśli się w takowego wierzy.
Gdyby zaś ta władza miała trochę klasy, to wiedziałaby jakich odzywek unikać, żeby nie stracić społecznego poparcia. Gdyby władza była mniej arogancka, toby wiedziała dla kogo ma pracować, kto ją wybrał, i kto ją z rządzenia rozliczy. Może wiedziałaby też, że nawet do - jej zdaniem - słusznych celów nie wolno dążyć 'po trupach', wszelkimi dostępnymi środkami, depcząc po drodze kogo popadnie. Bo przecież mnie wolno - państwo to ja!
Dzisiejsza nasza władza jest tak bardzo zapatrzona w siebie, że zza swojego ego nie widzi już prostych obywateli. Nie można liczyć na zrozumienie, na rozsądek, na dotrzymywanie obietnic, na prawo, ani na sprawiedliwość.
I począł w Tobie gniew kiełkować. I pomyślałeś milczenia dość!
Trwa protest pielęgniarek. Siedzą pod i w kancelarii premiera i czekają aż ktoś z nimi porozmawia. Pewnie się nie doczekają - przecież nie są górnikami, nikogo nie pobiją, nie będą rzucać kamieniami. Jedynie siedzą. I usłyszały od Premiera tego kraju, że mężczyzn to policja dawnoby wyrzuciła, więc mają szczęście, że on ma szacunek dla kobiet (!). Bo je to policja tylko troszkę przestawiła. Po czym po rozpoczęciu głodówki usłyszały od wyżej wspomnianego Premiera, że "niezjedzenie kolacji to nie głodówka. To jeszcze nikomu nie zaszkodziło" Ktoś chyba powinien Panu Premierowi wytłumaczyć co to jest SZACUNEK.
Bo cywilizowani ludzie mają szacunek dla każdego człowieka, nie ważne czy jest kobietą, czy nie. Czy jest głową państwa, czy żebrakiem. Człowiek honoru, człowiek prawy, nie zapomni o tym, że wszyscy jesteśmy tacy sami. Nikogo nie będzie poniżał, z nikogo nie będzie drwił. Jeśli więc panie chcą głodować, to nikt nie ma prawa ich wyśmiewać i poniżać. Nie ważne, czy siedzieć im tam wolno, czy nie.
To co mówi i robi ostatnio władza, nie świadczy o pielęgniarkach, ani wyborcach, ani tym kraju. To świadczy o samej władzy. Za każde wypowiedziane słowo trzeba będzie osobiście wziąć odpowiedzialność. Przed narodem, który władzę wybrał i przed Bogiem, jeśli się w takowego wierzy.
Gdyby zaś ta władza miała trochę klasy, to wiedziałaby jakich odzywek unikać, żeby nie stracić społecznego poparcia. Gdyby władza była mniej arogancka, toby wiedziała dla kogo ma pracować, kto ją wybrał, i kto ją z rządzenia rozliczy. Może wiedziałaby też, że nawet do - jej zdaniem - słusznych celów nie wolno dążyć 'po trupach', wszelkimi dostępnymi środkami, depcząc po drodze kogo popadnie. Bo przecież mnie wolno - państwo to ja!
Dzisiejsza nasza władza jest tak bardzo zapatrzona w siebie, że zza swojego ego nie widzi już prostych obywateli. Nie można liczyć na zrozumienie, na rozsądek, na dotrzymywanie obietnic, na prawo, ani na sprawiedliwość.
poniedziałek, 25 czerwca 2007
Gdzie serce twoje...
Tak wiem, że był taki film. Film był o tym, że młoda dziewczyna znalazła dom w całkowicie obcym miasteczku, wśród całkowicie obcych ludzi. Po prostu trafiła na takich którzy ją przygarnęli, pomogli w trudnych chwilach, bezinteresownie pokochali. Gdzie jest więc dom każdego człowieka? Czy tam gdzie się urodził, czy tam gdzie mieszka, a może w całkiem innym miejscu?
Zacznijmy od tego, czy dom to w ogóle jest miejsce. W domu czujemy się bezpiecznie i swobodnie, jesteśmy spokojni. Z tym słowem wiąże się wszystko co możemy zamknąć w stwierdzeniu "rodzinne ciepło". Więc dom to nie do końca miejsce - raczej uczucie. Uczucie, które może być związane zarówno z miejscem urodzenia, czy zamieszkania, jak i z rzeczami do których jesteśmy przywiązani, czy z ludźmi, których kochamy. To przecież oni są źródłem tego ciepła, to oni sprawiają, że w owym materialnym domu czujemy się domowo. Bez nich jest pusty. Bez nich nie jest ani ciepły, ani przyjazny, ani bezpieczny. Bez nich jest tylko miejscem zamieszkania.
Dlatego pozwolę sobie postawić tezę, iż pod hasłem dom, kryją się wszyscy ci, których kochamy, przy krórych jest nam dobrze. W tym momencie nie ma znaczenia, czy jesteśmy akurat w miejscu, gdzie się urodziliśmy i wychowaliśmy, czy na drugim krańcu świata. W Polsce czy w amazońskiej dżungli. Czy mieszkamy w dworku po prababci czy w slumsach Rio de Janeiro. Dom można sobie znaleźć wszędzie, jeśli umie się kochać.
A skoro dom może być wszędzie, to może być też nigdzie. I tak dochodzimy do najsmutniejszej epidemii nowoczesnego świata - samotności. Do tego, że człowiek sam, jeden nie zbuduje domu, nie będzie szczęśliwy i spokojny. Do tego, że nie ma na świecie nic ważniejszego od drugiego człowieka.
Zacznijmy od tego, czy dom to w ogóle jest miejsce. W domu czujemy się bezpiecznie i swobodnie, jesteśmy spokojni. Z tym słowem wiąże się wszystko co możemy zamknąć w stwierdzeniu "rodzinne ciepło". Więc dom to nie do końca miejsce - raczej uczucie. Uczucie, które może być związane zarówno z miejscem urodzenia, czy zamieszkania, jak i z rzeczami do których jesteśmy przywiązani, czy z ludźmi, których kochamy. To przecież oni są źródłem tego ciepła, to oni sprawiają, że w owym materialnym domu czujemy się domowo. Bez nich jest pusty. Bez nich nie jest ani ciepły, ani przyjazny, ani bezpieczny. Bez nich jest tylko miejscem zamieszkania.
Dlatego pozwolę sobie postawić tezę, iż pod hasłem dom, kryją się wszyscy ci, których kochamy, przy krórych jest nam dobrze. W tym momencie nie ma znaczenia, czy jesteśmy akurat w miejscu, gdzie się urodziliśmy i wychowaliśmy, czy na drugim krańcu świata. W Polsce czy w amazońskiej dżungli. Czy mieszkamy w dworku po prababci czy w slumsach Rio de Janeiro. Dom można sobie znaleźć wszędzie, jeśli umie się kochać.
A skoro dom może być wszędzie, to może być też nigdzie. I tak dochodzimy do najsmutniejszej epidemii nowoczesnego świata - samotności. Do tego, że człowiek sam, jeden nie zbuduje domu, nie będzie szczęśliwy i spokojny. Do tego, że nie ma na świecie nic ważniejszego od drugiego człowieka.
środa, 2 maja 2007
In the process of becoming
Całe życie do czegoś dążymy. Takie czasy, powiemy być może. Może trzeba mieć jakiś cel. Mnie wydawało się, że przetrwam to co teraz mnie czeka, i następną rzecz i następną, aż kiedyś w końcu będę gotowa. Bez precyzowania na co gotowa, bo tak bezpieczniej. Po co znowu schodzić na mroczne klimaty, przecież wszyscy wiemy co jest jedynym 'pewniakiem' w życiu.
Dziś widzę, że (sory) to głupi sposób myślenia. Ni z tego ni z owego, dotarło do mnie, że tak naprawdę nigdy nie jest się gotowym. Gdybyśmy mieli do końca samodzielnie decydować o całym życiu, pewnie nie odważylibyśmy się na połowę tego co nas spotkało. Ja na przykład nie chciałabym kończyć szkoły i zdawać matury. Pochodziłabym sobie jeszcze... tak może drugie trzy lata. Bo jeszcze nie jesteśmy gotowi.
Patrząc w przyszłość myślimy, że przyjdzie taki dzień, kiedy poczujemy w sobie siłę. Będziemy wiedzieli, że to właśnie teraz. Że oto jestem tym człowiekiem, którym chciałem się stać. Jestem gotów. Koniec drogi. A tymczasem ta chwila nigdy nie nadejdzie. Stajemy się przez całe życie, po to by nigdy się nie stać. Bo sens nie tkwi w celu podróży, ale w samej podróży. Nasze stawanie się nie ma końca. Idź tak długo, jak wystarczy ci sił. Dopóki krew obraca w piersi twoją ciemną gwiazdę.
Dziś widzę, że (sory) to głupi sposób myślenia. Ni z tego ni z owego, dotarło do mnie, że tak naprawdę nigdy nie jest się gotowym. Gdybyśmy mieli do końca samodzielnie decydować o całym życiu, pewnie nie odważylibyśmy się na połowę tego co nas spotkało. Ja na przykład nie chciałabym kończyć szkoły i zdawać matury. Pochodziłabym sobie jeszcze... tak może drugie trzy lata. Bo jeszcze nie jesteśmy gotowi.
Patrząc w przyszłość myślimy, że przyjdzie taki dzień, kiedy poczujemy w sobie siłę. Będziemy wiedzieli, że to właśnie teraz. Że oto jestem tym człowiekiem, którym chciałem się stać. Jestem gotów. Koniec drogi. A tymczasem ta chwila nigdy nie nadejdzie. Stajemy się przez całe życie, po to by nigdy się nie stać. Bo sens nie tkwi w celu podróży, ale w samej podróży. Nasze stawanie się nie ma końca. Idź tak długo, jak wystarczy ci sił. Dopóki krew obraca w piersi twoją ciemną gwiazdę.
wtorek, 1 maja 2007
Zła ciąg dalszy
W poprzednim poscie z tematu zła obecnego w każdym człowieku, zeszłam nieco na środki materialne, które z nas owo zło wyzwalają. Czy jednak zawsze krzywdzimy innych by zdobyć więcej dla siebie?
Czasem wydaje się nam przecież, że z całej siły staramy się robić to co należy. Że wszystko co robimy, robimy dla jakiegoś wyższego dobra. Tu także czeka nas pułapka. Nie ma bowiem żadnej na tyle ważnej 'sprawy', żeby warta była naszej duszy. Żeby warta była odkładania na bok zasad, uciszania sumienia. Nie wierzę i nie chcę wierzyć w to, że liczy się ostateczny bilans (byle było na plus), że do celu dążyć można wszelkimi środkami. Wierzę natomiast w to, że o człowieku śwadczy każda jego decyzja. Także ta o tym, by nierobić czegoś co może polepszy ostateczny bilans, ale jest sprzeczne z sumieniem. Jestem też zdecydowanie przeciwna usprawiedliwianiu samego siebie, tylko dlatego, że 'chciałem dobrze'. Wszyscy wiemy co jest wybrukowane dobrymi chęciami.
Może się to wydawać oczywiste. Widzieliśmy to przecież nie raz - w tylu filmach. Zawsze wtedy gdy główny bohater cierpi dla ludzkości poświęcając własne szczęście. Wydaje się takie proste.
Jednakże są w życiu sytuacje, w których nic nie jest proste. W których niełatwo jest mieć niezłomne zasady i przy nich trwać. I pewnie większość ludzi odchodzi od owych zasad w przekonaniu, że tak trzeba. Tak jesteśmy nauczeni. To nasza specjalność - polska podwójna moralność.
Na przykład z jednej strony wszyscy narzekamy na korupcję, wszyscy jesteśmy jej przeciwni i gdy się tylko da narzekamy na ten dziwny kraj. A z drugiej strony, gdy ktoś z naszych bliskich jest w szpitalu, zrobilibyśmy wszystko, by miał jak najlepszą opiekę - biegniemy więc z kopertą do ordynatora czy pielęgniarki. I nie widzimy w tym nic niestosownego. Przecież chcemy dobrze. Przecież to dlatego, że kochamy. Przecież wtedy jesteśmy niejako usprawiedliwieni. Jesteśmy?
Wróciliśmy w ten sposób do postawionego dawno pytania: czy można zabić jednego człowieka by uratować innego? A żeby uratować dwóch? Dziesięciu? Stu? Czy istnieje cena ludzkiego życia, granica, liczba przy której ta transakcja zaczyna się opłacać? Nie , nie istnieje coś takiego jak ekonomia ludzkich istnień. Każde życie jest tak samo cenne jak sto czy dwieście innych. Kto ratuje jednego człowieka, ratuje cały świat. A kto zabija jednego człowieka ...?
Czasem wydaje się nam przecież, że z całej siły staramy się robić to co należy. Że wszystko co robimy, robimy dla jakiegoś wyższego dobra. Tu także czeka nas pułapka. Nie ma bowiem żadnej na tyle ważnej 'sprawy', żeby warta była naszej duszy. Żeby warta była odkładania na bok zasad, uciszania sumienia. Nie wierzę i nie chcę wierzyć w to, że liczy się ostateczny bilans (byle było na plus), że do celu dążyć można wszelkimi środkami. Wierzę natomiast w to, że o człowieku śwadczy każda jego decyzja. Także ta o tym, by nierobić czegoś co może polepszy ostateczny bilans, ale jest sprzeczne z sumieniem. Jestem też zdecydowanie przeciwna usprawiedliwianiu samego siebie, tylko dlatego, że 'chciałem dobrze'. Wszyscy wiemy co jest wybrukowane dobrymi chęciami.
Może się to wydawać oczywiste. Widzieliśmy to przecież nie raz - w tylu filmach. Zawsze wtedy gdy główny bohater cierpi dla ludzkości poświęcając własne szczęście. Wydaje się takie proste.
Jednakże są w życiu sytuacje, w których nic nie jest proste. W których niełatwo jest mieć niezłomne zasady i przy nich trwać. I pewnie większość ludzi odchodzi od owych zasad w przekonaniu, że tak trzeba. Tak jesteśmy nauczeni. To nasza specjalność - polska podwójna moralność.
Na przykład z jednej strony wszyscy narzekamy na korupcję, wszyscy jesteśmy jej przeciwni i gdy się tylko da narzekamy na ten dziwny kraj. A z drugiej strony, gdy ktoś z naszych bliskich jest w szpitalu, zrobilibyśmy wszystko, by miał jak najlepszą opiekę - biegniemy więc z kopertą do ordynatora czy pielęgniarki. I nie widzimy w tym nic niestosownego. Przecież chcemy dobrze. Przecież to dlatego, że kochamy. Przecież wtedy jesteśmy niejako usprawiedliwieni. Jesteśmy?
Wróciliśmy w ten sposób do postawionego dawno pytania: czy można zabić jednego człowieka by uratować innego? A żeby uratować dwóch? Dziesięciu? Stu? Czy istnieje cena ludzkiego życia, granica, liczba przy której ta transakcja zaczyna się opłacać? Nie , nie istnieje coś takiego jak ekonomia ludzkich istnień. Każde życie jest tak samo cenne jak sto czy dwieście innych. Kto ratuje jednego człowieka, ratuje cały świat. A kto zabija jednego człowieka ...?
sobota, 28 kwietnia 2007
Zło
Skąd się bierze zło? Może to uproszczona odpowiedź, ale zło bierze się z nas. Z ludzi. To my jesteśmy jego źródlęm, a co gorsza jak słyszymy od wieków, każdy z nas przez cały czas nosi w sobie swoją jasną i ciemną stronę. Skoro więc już wiemy że zło jest w nas to dlaczego ciągle popełniamy te same błędy? Czy nie uczymy się niczego na przykładzie poprzednich pokoleń?
Bez przerwy słyszymy na przykład, że władza uzależnia, że władza niszczy człowieka. I dalej jej pragniemy. Zawsze wydaje nam się, że inni być może, ale ja będę pierwszym który sobie z tym poradzi. Pierwszym, który im więcej będzie miał władzy tym więcej dobra uczyni. Mówimy więc sobie, że gromadzimy ją dla dobra sprawy. Że jeśli zamiast tych ludzi - złych, skorumpowanych - będę tam ja, wszystko będzie wyglądało inaczej. Bo wydaje nam się że jesteśmy inni niż wszyscy. Wyjątkowi. Silniejsi. Lepsi. A o czym marzymy? By być Kurtzami naszych czasów.
Podobnie rzecz się ma gdy chodzi o dobra materialne wszelakiego rodzaju. Uważamy, że wcale nie jesteśmy chciwi (cóż za okropne słowo!), przecież my chcemy tylko godziwej, czyli coraz wyższej zapłaty. A najbardziej chcielibyśmy wysokiej pensji za małą pracę. Nie zwykliśmy pytać co jeszcze możemy zrobić, lecz co jeszcze możemy otrzymać. I co więcej, mówimy sobie, że tak będzie lepiej. Że ci którzy mają wielkie fortuny nie umieją ich wykorzystać, a my byśmy przecież umieli - tyle dobra możnaby uczynić mając odpowiednie środki. To dlaczego nikt tego nie robi? Dlaczego mamy wizję bogacza zamkniętego w swej willi, a nie takiego wychodzącegodo ludzi z pomocą? I dlaczego łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne i tak dalej ?
Świat jest zupełnie inny, niż nam się wydaje. Wydaje się bowiem, że szczęście mają ci, którzy mają pieniądze i władzę. A jest dokładnie na odwrót. Szczęście mają ci, którym los nie zesłał ani jednego ani drugiego. Im łatwiej będzie zauważyć rzeczy naprawdę ważne. Im łatwiej będzie dostrzec swoją ciemną stronę i z nią walczyć. Oni będą wiedzieli jak dolewać malutkie kropelki dobra do oceanu, którego świat bardzo potrzebuje.
Bez przerwy słyszymy na przykład, że władza uzależnia, że władza niszczy człowieka. I dalej jej pragniemy. Zawsze wydaje nam się, że inni być może, ale ja będę pierwszym który sobie z tym poradzi. Pierwszym, który im więcej będzie miał władzy tym więcej dobra uczyni. Mówimy więc sobie, że gromadzimy ją dla dobra sprawy. Że jeśli zamiast tych ludzi - złych, skorumpowanych - będę tam ja, wszystko będzie wyglądało inaczej. Bo wydaje nam się że jesteśmy inni niż wszyscy. Wyjątkowi. Silniejsi. Lepsi. A o czym marzymy? By być Kurtzami naszych czasów.
Podobnie rzecz się ma gdy chodzi o dobra materialne wszelakiego rodzaju. Uważamy, że wcale nie jesteśmy chciwi (cóż za okropne słowo!), przecież my chcemy tylko godziwej, czyli coraz wyższej zapłaty. A najbardziej chcielibyśmy wysokiej pensji za małą pracę. Nie zwykliśmy pytać co jeszcze możemy zrobić, lecz co jeszcze możemy otrzymać. I co więcej, mówimy sobie, że tak będzie lepiej. Że ci którzy mają wielkie fortuny nie umieją ich wykorzystać, a my byśmy przecież umieli - tyle dobra możnaby uczynić mając odpowiednie środki. To dlaczego nikt tego nie robi? Dlaczego mamy wizję bogacza zamkniętego w swej willi, a nie takiego wychodzącegodo ludzi z pomocą? I dlaczego łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne i tak dalej ?
Świat jest zupełnie inny, niż nam się wydaje. Wydaje się bowiem, że szczęście mają ci, którzy mają pieniądze i władzę. A jest dokładnie na odwrót. Szczęście mają ci, którym los nie zesłał ani jednego ani drugiego. Im łatwiej będzie zauważyć rzeczy naprawdę ważne. Im łatwiej będzie dostrzec swoją ciemną stronę i z nią walczyć. Oni będą wiedzieli jak dolewać malutkie kropelki dobra do oceanu, którego świat bardzo potrzebuje.
poniedziałek, 9 kwietnia 2007
Prawda
Czymże jest Prawda?
Każdy kto jest z Prawdy słucha mojego głosu
Tak On powiedział o sobie i od tamtego czasu wszyscy Go szukamy. Ciągle czegoś nam brak. Idziemy, gubimy się, upadamy, nasza Droga, jest wąska, kamienista, kręta i ciągle wiedzie pod górę. A mimo to cały czas idziemy. Idziemy Drogą licząc na to że u jej kresu ujżymy całą Prawdę.
Poznacie Prawdę, a Prawda was wyzwoli
Liczymy na to, że gdy wreszcie ją poznamy... No właśnie, co wtedy? Czy nasze życie nie polega na tym by ciągle iść? Co więc się stanie, gdy osiągniemy cel? To będzie oznaczało kres naszego dotychczasowego istnienia. Prawda wyzwoli nas z tego kim i czym byliśmy do tej pory. Nie będzie już więcej dawnych nas.
Czy chodzi o przeciwieństwo kłamstwa, czy może raczej o "całą prawdę i tylko prawdę". Prawda to jakby absolutna wiedza, a takowa dawałaby absolutną władzę temu kto ją posiadł. Daltego niemożliwym jest poznać i zrozumieć wszystko. Tam gdzie leżą granice pojmowania rozpoczyna się Tajemnica.
Kim jest ten, który jest z Prawdy? Może chodzi o kogoś kto miłuje Prawdę - takiego, który nie zadowala się tym co podano mu na talerzu ale drąży, szuka, zadaje pytania? Mówi się że kto szuka prawdy zawsze znajdzie Chrystusa.
Ja jestem Drogą, Prawdą i ŻyciemTak On powiedział o sobie i od tamtego czasu wszyscy Go szukamy. Ciągle czegoś nam brak. Idziemy, gubimy się, upadamy, nasza Droga, jest wąska, kamienista, kręta i ciągle wiedzie pod górę. A mimo to cały czas idziemy. Idziemy Drogą licząc na to że u jej kresu ujżymy całą Prawdę.
Poznacie Prawdę, a Prawda was wyzwoli
Liczymy na to, że gdy wreszcie ją poznamy... No właśnie, co wtedy? Czy nasze życie nie polega na tym by ciągle iść? Co więc się stanie, gdy osiągniemy cel? To będzie oznaczało kres naszego dotychczasowego istnienia. Prawda wyzwoli nas z tego kim i czym byliśmy do tej pory. Nie będzie już więcej dawnych nas.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
