czwartek, 27 grudnia 2007

Cogito ergo sum...
Żeby być

Idź dokąd poszli tamci, do ciemnego kresu

Już na początku swego przesłania pan Cogito wyznacza metę naszej niezwykłej wędrówki, miejsce, w które nas posyła - ciemność, nicość, smierć - tam gdzie trafili wszyscy, którzy byli tu przed nami. Nie obiecuje nagrody, wiecznego szczęścia, raju, on nic nie może nam dać, jedynie złotego runa nicości możemy się spodziewać. Nie wierzy w krainę szczęśliwości, w której czeka nas nagroda za dobre uczynki. Bo czy można mówić o bezinteresowności, gdy jest się człowiekiem biorącym udział w wyścigu po nagrodę? Czy jest się bezinteresownym gdy liczy się na zapłatę? Nie obiecyje nam więc Cogito niczego - wymaga wiele - idź wyprostowany wśród tych co na kolanach. Może to oni będą mieli łatwiej. Będą bogatsi. Nie będą cierpieć. Może będą się śmiać, gdy ty będziesz płacił najwyszą cenę za wyprostowaną postawę. Może opłaciło się klęknąć? Wyrzucić zasady w kąt? Odwrócić się plecami do mniejszych i słabszych a dołączyć do silnych? Kim byś był, gdybyś oddał im swoją godność? Gdybyś pozwolił obalić się w proch, czy mógłbyś jeszcze kiedyś spojrzeć w lustro?

Ocalałeś, żyjesz, istniejesz. Chcesz korzystać z życia. Ale to nie jest proste dla takich jak Ty. Tych co wiedzą jak mało mają czasu, jak bardzo liczy się każda chwila, jak jest cenna. Czego świadectwo zostawisz po sobie? Kto Cię zapamięta? I jak? Gdy sam nie wiesz, w którą pójść stronę - jak możesz dać świadectwo? Czy dasz radę, gdy sam nie wiesz co robić - czy dasz świadectwo odwagi? Czy będziesz bronił swoich przekonań, wśród szyderstw, wśród wrogów, do ostatniej kropli krwi? Czy warto? I czego masz właściwie tak odważnie bronić? Czym się kierować?

Dostaniesz wskazówki. Kilka prostych słów. Haseł, którymi kierować się w życiu nie będzie łatwo. Pierwszy z twoich nowych przyjaciół to Gniew. Ale Gniew bezsilny - nie liczy się więc ile zdziałasz, liczy się uczucie rodzące się w twej duszy, ono czyni cię tym kim jesteś. Jeśli nie zdołasz nic zmienić, trudno, niepozostałeś jednak obojętny na głos poniżonych i bitych. Jesteś człowiekiem dzięki tym rodzącym się w tobie uczuciom. Za Gniewem, siostra twoja - Pogarda. Jednakże nie jak daje ją świat - dla mniejszych i słabszych, lesz dla szpiclów, katów i tchórzy - gardzić masz tylko posępowaniem niegodnym człowieczeństwa, niegodnym istoty ludzkiej. Dlaczego więc to oni mają wygrywać? Dlaczego oni mają tu zostać gdzy ciebie już nie będzie? Na twoim pogrzebie odetchną z ulgą - czy więc naprawdę wygrali? Skoro będą musieli łagodzić twój życiorys? Czy to nie będzie właśnie Twoje zwycięstwo?

A czego ci nie wolno? Nie przebaczaj? Przebaczanie które jest wyrazem Twojej miłości do ludzi - to nie ono jest tu na świeczniku. To moralny permisywizm. Łatwe usprawiedliwianie mniejszych i większych zbrodni. 'Tak trzeba było', 'takie były czasy', 'co by to zmieniło', aż do ostaniego - 'oni by mnie przecież zabili' i jedynej możliwej odpowiedzi - więc powinieneś był zginąć, zginąć za swoje zasady, za swoich przyjaciół. Bo Ty nie masz władzy przebaczyć, w imieniu tych, których tu nie ma. Nie masz władzy pomóc tym, którzy zdradzili swych przyjaciół o świcie. Oni będą musieli z tym żyć. Wytrzymać sami ze sobą, do końca, z nieustannym poczuciem winy, bo nie ma im już kto przebaczyć.

Nie sądź jednak, że zasady, którymi będziesz się kierował uczynią cię kimś lepszym od innych. Im więcej było ci dane, tym więcej będzie się od ciebie wymagać - będzie ci więc ciężej niż im. Będziesz ciężko pracował, a nie doczeaksz się uznania, lecz drwiny. Będziesz patrzył w lustro i zastanawiał się - dlaczego właśnie ja? Każdy z nas wie, że jest tylu ludzi lepszych od niego. Dlaczego więc to nie oni tu stoją? Dlaczego właśnie ja? Jestem przecież zwykłym człowiekiem, jestem nikim, dlaczego właśnie ja? Dlaczego to ja usłyszałem wezwanie? Co mnie wyróżnia? Czyż nie było lepszych?

Tylko nie zmieniaj się z czasem, nie popadaj w rutynę, nie pozwól by zimno ogarnęło twe serce. Kochaj. Kochaj to co tajemnicze i piękne. Kochaj to co stanowi istotę świata, a czego nikt do końca nie może pojąć. Kochaj wolność ptaka na niebie, kochaj majestat starego dębu, kochaj nadzieją jaką daje każdy kolejny świt. Czy one potrzebują ciebie - nie, to ty potrzebujesz ich. Potrzebujesz ich piękna, choć widzisz przy nich jaki jesteś mały i samotny. Ciesz się nimi, a każdego dnia dadzą ci siłę, by wstać i pójść, pójść przed siebie drogą jednocześnie ukochaną i znienawidzoną. Dojdziesz czy nie? Dokąd idziesz? Sam tego nie wiesz? Nie masz już wyboru, zdecydowałeś się wyruszyć. Życie twoje jest twiom największym skarbem i najwięszym przekleństwem. Nie chce się zatrzymać twoje serce, nawet gdy nie masz już sił. Możesz tylko brnąć dalej przed siebie, powtarzając to, co usłyszałeś od starszych i mądrzejszych. Tak masz do czegoś dojść, ale ty wiesz, że nie czeka na ciebie chwała. A mimo to powtarzasz wielkie słowa, słowa których sensu może nie rozumiesz, słowa, które wypowiadal ci, którzy szli tędy przed tobą.

Ale ty już wiesz, że nie czeka na ciebie nagroda - po co więć idziesz, co sprawia, że nie pogrążasz się w beznadziei? Po co idziesz? Po chłostę śmiechu? Zabójstwo na śmietniku? Na spotkanie zimnego, okrutnego świata, a jednak wychodzisz. Wychodzisz, bo chcesz być taki jak oni - bojownicy o to co nieosiągalne. Wychodzisz, bo chcesz być jednym z nich - obrońcą królestwa bez kresu i miasta popiołów. Królestwa bez granic, królestwa bez ziem, królestwa moralności, królestwa sumienia. Wbrew wszelkiej logice. Miasta popiołów - spalonego, zniszczonego, nieistniejącego, ulotnego, miatra idei. Bo na przekór wszystkiemu, chcesz wierzyć, że one istnieją, że ich nie da się zniszczyć, że idee są kuloodporne.

Oto twoja szansa, jedyna decyzja, która do ciebie należy - decydujesz co zrobić z czasem, który został ci dany. I jedyna wskazówka udzielona Ci przez pana Cogito:

Bądź wierny. Idź.


Na podstawie "Przesłania Pana Cogito" Zbigniewa Herberta
oraz:
Królestwa niebieskiego
V jak Vendetta
Władcy Pierścieni
Harrego Pottera
i innych tekstów kultury, które sprawiły, że myślę to co myślę, a których nie da się tutaj wymienić




Magia Świąt

24.12.07

Bo przecież musi być stół

Zwykły, drewniany upchnięty w kuchni pod ścianą, przykryty ceratą. Na nim mnóstwo pudełek i pudełeczek, różne kubki, każdy przypisany do jednego z członków rodziny. Tego dnia jednak nikt nie będzie przy nim jadł, zostaną tu tylko pokrojone suszące się jesienią nad piecem grzybki, odstawionbe niepotrzebne naczynia i potrawy czekające na swoją godzinę, na pierwszą gwiazdkę.
I ten drugi, rozstawiony na środku pokoju, przykryty odświętnym obrusem, z siankiem pod spodem, ze świecą i opłatkiem na nim. I z jednym dodatkowym nakryciem, czekającym na strudzonego wędrowca, na niespodziewanego gościa, albo może bardziej pozostawionego po tych, których już tu nie ma.

I dobre oczy nad stołem

Oczy kogoś kto kocha, płonące blaskiem świecy, choinkowych światełek i radością z jedynego takiego dnia w roku. Całego spędzanego jedynie na celebrowaniu miłości. Miłości do bliskich, rodziny, przyjaciół, kolegów z pracy, współpasażerów w autobusie - do człowieka.

Ulica kręta w dół i łuna ponad kościołem.

Dlaczego akurat tego dnia serca wszystkich zalewają ciepłe, przyjazne uczucia? Czy to wpływ aury, wszędoby7lskich dekoracji, czy może chodzi o coś więcej? Może co roku celebrujemy już tylko tradycję, swoją polskość? A może jeszcze pamiętamy dlaczego właśnie tego dnia celebrujemy Miłość? Świętujemy Jej przyjście do nas, zalanie naszej historii Jej blaskiem. Świętujemy Boże Narodzenie - przyjście wielkiej Miłości w małym, kruchym ciele, Miłości, która później zmienić miała bieg świata. I która dała nam dni takie jak ten.

Obyśmy potrafili tę Miłość celebrować codziennie i codziennie się nią dzielić.


Cytaty z "Kolędy rozterek" Budki Suflera

środa, 28 listopada 2007

Wolność wyboru

Czy to kim lub czym jesteśmy jest zdeterminowane przez miejsce i czas naszego życia? Czy przez nasz kod genetyczny? Czy coś decuduje za nas czym jesteśmy?

Czy którekolwiek nasze wybory są więc tak naprawdę nasze? Skoro przecież urodziliśmy sięw pewnej kulturze, nie pozbędziemy się jej nigdy z naszej świadomości, więc czy naprawdę kreujemy siebie, czy tak nam się tylko wydaje? Czy nasza wolna wola nie jest jedynie złudzeniem, dającym nam poczucie, że panujemy nad własnym życiem, podczas gdy faktycznie płyniemy z prądem wydarzeń, które się nam przytrafiają, sami nie znając swoich reakcji w sytuacjach, które się nam nie przytrafiły?

Czy mamy jakąkolwiek moc decydowania o tym kim jesteśmy? Czy kiedykolwiek będziemy pewni, że nasze decyzje są słuszne? Czy kiedykolwiek przekonamy się, że w innej rzeczywistości zrobilibyśmy to samo, bo jesteśmy sobą? A może wcale nie byłoby tak? Czy znaleźlibyśmy drogę by stać się sobą, a przynajmniej tymi, których uważamy za samych siebie?

Czy geny i los decydują za nas? Czy w ogóle istnieje jakaś niezmienna cząstka nas - dusza?- która niezależnie od okoliczności pozostanie na zawsze - jedyna, niepowtarzalna, warunkująca naszą indywidualność, nasze istnienie jako samodzielnych istot ludzkich?

Czy jesteśmy tylko wytworem rachunku prawdopodobieństwa?

Kim jest Człowiek?
Czy istnieje odpowiedź?

środa, 31 października 2007

Karmić miłością

30.08.2007 r.
Jedenastoletnia dziewczynka wychodzi ze szkoły oddalonej o pięć minut piechotą od domu. Mija dobrze jej znany placyk zabaw, na którym siedzą jakieś "maluchy" z mamami. Rozgląda się ostrożnie zanim przejdzie przez osiedlową uliczkę i pójdzie wzdłuż bloku w kierunku swojej bramy. Gdy już minie piaskownicę będzie patrzyła w górę, w kierunku okna na pierwszym piętrze. Patrzy tam zawsze gdy wchodzi albo wychodzi, jak każdy, kto się w tym domu wychował. Zawsze widzi uniesioną rękę, żegna ją i wita ciepłe spojrzenie.

Dziś jest tak samo - widzi machającą do niej dłoń, która po chwili znika, by otworzyć przed nią drzwi mieszkania. Wbiega więc po schodach, rzuca szybkie 'Cześć Babciu!', w pokoiku zdejmuje tornister i kurtkę i wparowuje do kuchni, gdzie Babcia siedzi jak zwykle pilnując gotującego się obiadu. Sama też siada w kąciku, na swoim ulubionym miejscy przy drzwiach i rzuca znów 'Ale jestem dzisiaj głodna'.

To nie jest zwyczajna sytuacja. Dziewczynka nie lubi tego, że musi jeść obiad jak tylko wróci, często grymasi, a zupy to już w ogóle lepiej by nie jadła - no chyba, że pomidorowa. Pewnie nie zjadła dzisiaj szkolnego śniadania, że jest akurat odwrotnie, nawet ma ochotę na ten cały obiad. Babcia powie jeszcze tylko: 'To Babcia się bardzo cieszy jak tak mówisz' zanim postawi przednią pełen, parujący jeszcze talerz.

Teraz dziewczynka jest już duża - właściwie całkiem dorosła - i zastanawia się czasem, dlaczego właśnie to pamięta tak dokładnie - przecież przez 9 lat szkoły wszystko odbywało się tak samo - przychodziła, zjadała obiad... Obiad, który też wyglądał pewnie codziennie podobnie. Dlaczego więc pamięta akurat ten dzień? Nie wie właściwie, kiedy dokładnie to było, nie wie nawet co było akurat wtedy na obiad, a jednak pamięta. Pamięta uśmiechnięte oczy, siwą głowę, babciny fartuch i słowa - 'Babcia się bardzo cieszy...' I właśnie zaczęła się zastanawiać - z czego właściwie Babcia się cieszyła? - że przyszła głodna, więc zje bez marudzenia? No, bo kto by się cieszył, że od lat codziennie robi to samo? I dziewczynce przyszła do głowy zdumiewająca myśl. Przyszło jej do głowy, że to głodnych trzeba nakarmić. Że Babcia cieszyła się człowiekiem, dla którego można coś zrobić. Na przykład gotować. Bo Babcia była w tym świetna, robiła to przez całe życie. I można by pomyśleć, że to takie przyziemne. Ale nic bardziej mylnego.

Dziewczynka dorosła i teraz już wie dlaczego Babcia nigdy się nie skarżyła, że musi gotować. Dlaczego Babcia cieszyła się każdym kto przychodził na obiad. I skąd się wziął zwyczaj, że w tym domu dla nikogo nie mogło zabraknąć jedzenia. Nie w wigilię, ale w każdy zwykły dzień. Bo tam codziennie jadło się w sferze sacrum.

Ja a jakby nie ja

Jak bardzo to kim jesteśmy może odbiegać od tego kim chcieliśmy być? Czy kiedykolwiek nasze wyobrażenia o tym kim będziemy w przyszłości się sprawdzą? Czy nie trzeba nieustannie rozliczać się ze swoimi marzeniami, ze swoimi wyobrażeniami, aby móc wytrzymać ze sobą i zrobić w swoim życiu miejsce na nowe które nieustannie przychodzi. Bo nie możemy zatrzymać czasu ani cofnąć ani przeskoczyć. Nie mamy magicznego pilota. A kształtuje naszą przyszłość każda chwila naszego życia.

Czas rozliczania się z przeszłością jest dla mnie tu i teraz. Siedzi w całej polskiej kulturze i w mojej pojedynczej, samotnej polskiej świadomości. Czas wspominania tych których nie ma. Czas przekraczania kolejnych granic, czas odchodzenia coraz dalej i dalej od tego co było. Liczenie kolejnych lat. Ale nie zapominanie. Oby nie zapominanie.

Oby tylko każda sekunda przeszłości, oby każda sekunda marzeń trwała w nas bez końca. Oby żadna nie minęła bez echa. Oby każda była doceniona gdy jeszcze trwa. Oby każda sekunda spędzona z tymi których kochamy kształtowała to kim będziemy w przyszłości. Gdy wszystko się zmieni. Gdy ich już przy nas nie będzie.

Czy nie będzie ich naprawdę? Czy nie zostaną w nas?

sobota, 15 września 2007

Samotność w świecie

Małgorzata Hillar

My z drugiej połowy XX wieku
rozbijający atomy
zdobywcy księżyca
wstydzimy się
miękkich gestów
czułych spojrzeń
ciepłych uśmiechów

Kiedy cierpimy
wykrzywiamy lekceważąco wargi

Kiedy przychodzi miłość
wzruszamy pogardliwie ramionami

Silni cyniczni
z ironicznie zmrużonymi oczami

Dopiero późną nocą
przy szczelnie zasłoniętych oknach
gryziemy z bólu ręce
umieramy z miłości

Epidemia dzisiejszego świata polega na tym, że wszyscy jesteśmy samotni podobno. A przecież jak możemy być samotni, gdy tylu jest ludzi wokól nas? Gdy czasem nie sposób dopchnąć się do tramwaju? Zatłoczone ulice, puby pełne roześmianych grupek przyjaciół - to przecież kolejne ikony naszych czasów. Dlaczego więc właśnie teraz czujemy się samotni? Czy to wszystko co jest wokół nas straciło znaczenie?

Czy naprawdę oderwaliśmy się od korzeni, zapomnieliśmy o tradycjach, o przeszłości i chodzimy zagubieni w wielkim świecie, po pustych, szerokich ulicach? Nie wiemy w którą pójść stronę, bo jesteśmy przeciwko wszystkiemu.

Czy nie jest tak, że cokolwiek dzieje się z naszym światem - to my jesteśmy za to odpowiedzialni? Jeśli ludzie nie potrafią ze sobą rozmawiać, nie potrafią kochać, to może dlatego, że w nas wszystkich za mało jest miłości? Bo przecież nigdzie nie jest się samemu.

A teraz początek umieszczony na końcu, drobna obserwacja. W autobusach i niektórych tramwajach są siedzenia ustawione twarzą do siebie lub obok siebie. Dziwnym trafem nikt nigdy nie siada blisko współpasażerów jeśli nie musi. Ludzie najpierw zajmują dalekie od siebie miejsca, po czym przychodzą następni i skrępowani, właściwie nie wiadomo czym, zajmują pozostałe miejsca, wypełniają luki, starając się przy tym przypadkiem na siebie nie patrzeć. Też tak robię, taki odruch, właściwie nie wiem dlaczego. Może to wynika z nieśmiałości? A może z tego że nie lubimy ludzi? Wcale nie mamy ochoty na rozmowy o pogodzie ze starszymi paniami?

Podobnie zresztą wygląda 'syndrom empetrójki' - coraz więcej ludzi chodzi z zatkanymi uszami i niewidzącym wzrokiem wpatrzonym w przestrzeń. Nie patrzymy na siebie. Czy nie mamy po co? Czy nie wszyscy czujemy się tak samo samotni choć w tłumie?

wtorek, 26 czerwca 2007

Polityka

Nie sądziłam, że kiedykolwiek wkurzę się aż tak żeby napisać o polityce. Nie sądziłam, że kiedykolwiek stanę się społecznie zaangażowana, czy coś w tym stylu. Aż dzisiaj obejrzałam wiadomości.


I począł w Tobie gniew kiełkować. I pomyślałeś milczenia dość!


Trwa protest pielęgniarek. Siedzą pod i w kancelarii premiera i czekają aż ktoś z nimi porozmawia. Pewnie się nie doczekają - przecież nie są górnikami, nikogo nie pobiją, nie będą rzucać kamieniami. Jedynie siedzą. I usłyszały od Premiera tego kraju, że mężczyzn to policja dawnoby wyrzuciła, więc mają szczęście, że on ma szacunek dla kobiet (!). Bo je to policja tylko troszkę przestawiła. Po czym po rozpoczęciu głodówki usłyszały od wyżej wspomnianego Premiera, że "niezjedzenie kolacji to nie głodówka. To jeszcze nikomu nie zaszkodziło" Ktoś chyba powinien Panu Premierowi wytłumaczyć co to jest SZACUNEK.

Bo cywilizowani ludzie mają szacunek dla każdego człowieka, nie ważne czy jest kobietą, czy nie. Czy jest głową państwa, czy żebrakiem. Człowiek honoru, człowiek prawy, nie zapomni o tym, że wszyscy jesteśmy tacy sami. Nikogo nie będzie poniżał, z nikogo nie będzie drwił. Jeśli więc panie chcą głodować, to nikt nie ma prawa ich wyśmiewać i poniżać. Nie ważne, czy siedzieć im tam wolno, czy nie.

To co mówi i robi ostatnio władza, nie świadczy o pielęgniarkach, ani wyborcach, ani tym kraju. To świadczy o samej władzy. Za każde wypowiedziane słowo trzeba będzie osobiście wziąć odpowiedzialność. Przed narodem, który władzę wybrał i przed Bogiem, jeśli się w takowego wierzy.

Gdyby zaś ta władza miała trochę klasy, to wiedziałaby jakich odzywek unikać, żeby nie stracić społecznego poparcia. Gdyby władza była mniej arogancka, toby wiedziała dla kogo ma pracować, kto ją wybrał, i kto ją z rządzenia rozliczy. Może wiedziałaby też, że nawet do - jej zdaniem - słusznych celów nie wolno dążyć 'po trupach', wszelkimi dostępnymi środkami, depcząc po drodze kogo popadnie. Bo przecież mnie wolno - państwo to ja!

Dzisiejsza nasza władza jest tak bardzo zapatrzona w siebie, że zza swojego ego nie widzi już prostych obywateli. Nie można liczyć na zrozumienie, na rozsądek, na dotrzymywanie obietnic, na prawo, ani na sprawiedliwość.

poniedziałek, 25 czerwca 2007

Gdzie serce twoje...

Tak wiem, że był taki film. Film był o tym, że młoda dziewczyna znalazła dom w całkowicie obcym miasteczku, wśród całkowicie obcych ludzi. Po prostu trafiła na takich którzy ją przygarnęli, pomogli w trudnych chwilach, bezinteresownie pokochali. Gdzie jest więc dom każdego człowieka? Czy tam gdzie się urodził, czy tam gdzie mieszka, a może w całkiem innym miejscu?

Zacznijmy od tego, czy dom to w ogóle jest miejsce. W domu czujemy się bezpiecznie i swobodnie, jesteśmy spokojni. Z tym słowem wiąże się wszystko co możemy zamknąć w stwierdzeniu "rodzinne ciepło". Więc dom to nie do końca miejsce - raczej uczucie. Uczucie, które może być związane zarówno z miejscem urodzenia, czy zamieszkania, jak i z rzeczami do których jesteśmy przywiązani, czy z ludźmi, których kochamy. To przecież oni są źródłem tego ciepła, to oni sprawiają, że w owym materialnym domu czujemy się domowo. Bez nich jest pusty. Bez nich nie jest ani ciepły, ani przyjazny, ani bezpieczny. Bez nich jest tylko miejscem zamieszkania.

Dlatego pozwolę sobie postawić tezę, iż pod hasłem dom, kryją się wszyscy ci, których kochamy, przy krórych jest nam dobrze. W tym momencie nie ma znaczenia, czy jesteśmy akurat w miejscu, gdzie się urodziliśmy i wychowaliśmy, czy na drugim krańcu świata. W Polsce czy w amazońskiej dżungli. Czy mieszkamy w dworku po prababci czy w slumsach Rio de Janeiro. Dom można sobie znaleźć wszędzie, jeśli umie się kochać.

A skoro dom może być wszędzie, to może być też nigdzie. I tak dochodzimy do najsmutniejszej epidemii nowoczesnego świata - samotności. Do tego, że człowiek sam, jeden nie zbuduje domu, nie będzie szczęśliwy i spokojny. Do tego, że nie ma na świecie nic ważniejszego od drugiego człowieka.

środa, 2 maja 2007

In the process of becoming

Całe życie do czegoś dążymy. Takie czasy, powiemy być może. Może trzeba mieć jakiś cel. Mnie wydawało się, że przetrwam to co teraz mnie czeka, i następną rzecz i następną, aż kiedyś w końcu będę gotowa. Bez precyzowania na co gotowa, bo tak bezpieczniej. Po co znowu schodzić na mroczne klimaty, przecież wszyscy wiemy co jest jedynym 'pewniakiem' w życiu.

Dziś widzę, że (sory) to głupi sposób myślenia. Ni z tego ni z owego, dotarło do mnie, że tak naprawdę nigdy nie jest się gotowym. Gdybyśmy mieli do końca samodzielnie decydować o całym życiu, pewnie nie odważylibyśmy się na połowę tego co nas spotkało. Ja na przykład nie chciałabym kończyć szkoły i zdawać matury. Pochodziłabym sobie jeszcze... tak może drugie trzy lata. Bo jeszcze nie jesteśmy gotowi.

Patrząc w przyszłość myślimy, że przyjdzie taki dzień, kiedy poczujemy w sobie siłę. Będziemy wiedzieli, że to właśnie teraz. Że oto jestem tym człowiekiem, którym chciałem się stać. Jestem gotów. Koniec drogi. A tymczasem ta chwila nigdy nie nadejdzie. Stajemy się przez całe życie, po to by nigdy się nie stać. Bo sens nie tkwi w celu podróży, ale w samej podróży. Nasze stawanie się nie ma końca. Idź tak długo, jak wystarczy ci sił. Dopóki krew obraca w piersi twoją ciemną gwiazdę.

wtorek, 1 maja 2007

Zła ciąg dalszy

W poprzednim poscie z tematu zła obecnego w każdym człowieku, zeszłam nieco na środki materialne, które z nas owo zło wyzwalają. Czy jednak zawsze krzywdzimy innych by zdobyć więcej dla siebie?

Czasem wydaje się nam przecież, że z całej siły staramy się robić to co należy. Że wszystko co robimy, robimy dla jakiegoś wyższego dobra. Tu także czeka nas pułapka. Nie ma bowiem żadnej na tyle ważnej 'sprawy', żeby warta była naszej duszy. Żeby warta była odkładania na bok zasad, uciszania sumienia. Nie wierzę i nie chcę wierzyć w to, że liczy się ostateczny bilans (byle było na plus), że do celu dążyć można wszelkimi środkami. Wierzę natomiast w to, że o człowieku śwadczy każda jego decyzja. Także ta o tym, by nierobić czegoś co może polepszy ostateczny bilans, ale jest sprzeczne z sumieniem. Jestem też zdecydowanie przeciwna usprawiedliwianiu samego siebie, tylko dlatego, że 'chciałem dobrze'. Wszyscy wiemy co jest wybrukowane dobrymi chęciami.

Może się to wydawać oczywiste. Widzieliśmy to przecież nie raz - w tylu filmach. Zawsze wtedy gdy główny bohater cierpi dla ludzkości poświęcając własne szczęście. Wydaje się takie proste.
Jednakże są w życiu sytuacje, w których nic nie jest proste. W których niełatwo jest mieć niezłomne zasady i przy nich trwać. I pewnie większość ludzi odchodzi od owych zasad w przekonaniu, że tak trzeba. Tak jesteśmy nauczeni. To nasza specjalność - polska podwójna moralność.

Na przykład z jednej strony wszyscy narzekamy na korupcję, wszyscy jesteśmy jej przeciwni i gdy się tylko da narzekamy na ten dziwny kraj. A z drugiej strony, gdy ktoś z naszych bliskich jest w szpitalu, zrobilibyśmy wszystko, by miał jak najlepszą opiekę - biegniemy więc z kopertą do ordynatora czy pielęgniarki. I nie widzimy w tym nic niestosownego. Przecież chcemy dobrze. Przecież to dlatego, że kochamy. Przecież wtedy jesteśmy niejako usprawiedliwieni. Jesteśmy?

Wróciliśmy w ten sposób do postawionego dawno pytania: czy można zabić jednego człowieka by uratować innego? A żeby uratować dwóch? Dziesięciu? Stu? Czy istnieje cena ludzkiego życia, granica, liczba przy której ta transakcja zaczyna się opłacać? Nie , nie istnieje coś takiego jak ekonomia ludzkich istnień. Każde życie jest tak samo cenne jak sto czy dwieście innych. Kto ratuje jednego człowieka, ratuje cały świat. A kto zabija jednego człowieka ...?

sobota, 28 kwietnia 2007

Zło

Skąd się bierze zło? Może to uproszczona odpowiedź, ale zło bierze się z nas. Z ludzi. To my jesteśmy jego źródlęm, a co gorsza jak słyszymy od wieków, każdy z nas przez cały czas nosi w sobie swoją jasną i ciemną stronę. Skoro więc już wiemy że zło jest w nas to dlaczego ciągle popełniamy te same błędy? Czy nie uczymy się niczego na przykładzie poprzednich pokoleń?

Bez przerwy słyszymy na przykład, że władza uzależnia, że władza niszczy człowieka. I dalej jej pragniemy. Zawsze wydaje nam się, że inni być może, ale ja będę pierwszym który sobie z tym poradzi. Pierwszym, który im więcej będzie miał władzy tym więcej dobra uczyni. Mówimy więc sobie, że gromadzimy ją dla dobra sprawy. Że jeśli zamiast tych ludzi - złych, skorumpowanych - będę tam ja, wszystko będzie wyglądało inaczej. Bo wydaje nam się że jesteśmy inni niż wszyscy. Wyjątkowi. Silniejsi. Lepsi. A o czym marzymy? By być Kurtzami naszych czasów.

Podobnie rzecz się ma gdy chodzi o dobra materialne wszelakiego rodzaju. Uważamy, że wcale nie jesteśmy chciwi (cóż za okropne słowo!), przecież my chcemy tylko godziwej, czyli coraz wyższej zapłaty. A najbardziej chcielibyśmy wysokiej pensji za małą pracę. Nie zwykliśmy pytać co jeszcze możemy zrobić, lecz co jeszcze możemy otrzymać. I co więcej, mówimy sobie, że tak będzie lepiej. Że ci którzy mają wielkie fortuny nie umieją ich wykorzystać, a my byśmy przecież umieli - tyle dobra możnaby uczynić mając odpowiednie środki. To dlaczego nikt tego nie robi? Dlaczego mamy wizję bogacza zamkniętego w swej willi, a nie takiego wychodzącegodo ludzi z pomocą? I dlaczego łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne i tak dalej ?

Świat jest zupełnie inny, niż nam się wydaje. Wydaje się bowiem, że szczęście mają ci, którzy mają pieniądze i władzę. A jest dokładnie na odwrót. Szczęście mają ci, którym los nie zesłał ani jednego ani drugiego. Im łatwiej będzie zauważyć rzeczy naprawdę ważne. Im łatwiej będzie dostrzec swoją ciemną stronę i z nią walczyć. Oni będą wiedzieli jak dolewać malutkie kropelki dobra do oceanu, którego świat bardzo potrzebuje.

poniedziałek, 9 kwietnia 2007

Prawda

Czymże jest Prawda?

Czy chodzi o przeciwieństwo kłamstwa, czy może raczej o "całą prawdę i tylko prawdę". Prawda to jakby absolutna wiedza, a takowa dawałaby absolutną władzę temu kto ją posiadł. Daltego niemożliwym jest poznać i zrozumieć wszystko. Tam gdzie leżą granice pojmowania rozpoczyna się Tajemnica.

Każdy kto jest z Prawdy słucha mojego głosu

Kim jest ten, który jest z Prawdy? Może chodzi o kogoś kto miłuje Prawdę - takiego, który nie zadowala się tym co podano mu na talerzu ale drąży, szuka, zadaje pytania? Mówi się że kto szuka prawdy zawsze znajdzie Chrystusa.

Ja jestem Drogą, Prawdą i Życiem

Tak On powiedział o sobie i od tamtego czasu wszyscy Go szukamy. Ciągle czegoś nam brak. Idziemy, gubimy się, upadamy, nasza Droga, jest wąska, kamienista, kręta i ciągle wiedzie pod górę. A mimo to cały czas idziemy. Idziemy Drogą licząc na to że u jej kresu ujżymy całą Prawdę.

Poznacie Prawdę, a Prawda was wyzwoli

Liczymy na to, że gdy wreszcie ją poznamy... No właśnie, co wtedy? Czy nasze życie nie polega na tym by ciągle iść? Co więc się stanie, gdy osiągniemy cel? To będzie oznaczało kres naszego dotychczasowego istnienia. Prawda wyzwoli nas z tego kim i czym byliśmy do tej pory. Nie będzie już więcej dawnych nas.

środa, 21 marca 2007

The New Beginning

I znowu rozpoczyna się Wiosna. Kolejny czas gdy mijają depresje, gdy czujemy się znowu młodzi, piękni i bogaci. Akurat ;] Niezależnie od tego jak się czujemy z nadejściem kolejnego etapu życia - jedno jest pewne i niezmienne- Czas. Płynie czy tego chcemy czy nie, raz szybciej, raz wolniej, ale równie nieubłaganie dla wszystkich.

Jak go nie zmarnować? Mission impossible. Zawsze będzie coś co jeszcze moglibyśmy byli zrobić. Czas o którym pomyślimy - zmarnowany. Ale chyba żaden taki nie jest. W każdej sekundzie jesteśmy sobą. Żyjemy. Wybieramy. Stanowimy o sobie, Z każdą sekundą dodajemy kolejne 25 klatek do filmu, którym jest nasze życie. Filmu, który miejscami będzie nudnawy, a miejscami porywający. Zawsze w 100 % autorski. Jedyny w swoim rodzaju.

W pierwszych sekundach nowej Wiosny życzę wszystkim wspaniałego Filmu. Bo to chyba dobry czas na mały przegląd scenariusza.

czwartek, 1 marca 2007

"Płynie się zawsze do źródeł... pod prąd... Z prądem płyną śmieci..."

Post dedykowany Jankowi Meli

Nie na darmo nikt nie chce, zwłaszcza za młodu budować swego życia zgodnie z obowiązującymi regułami. Reguły są po to by je zmieniać. Granice po to by je pokonywać. Każdy chce jednego - być 'Buntownikiem z wyboru'. Ostatnim Sprawiedliwym. Względnie - jednym z Siedmiu Wspaniałych. Członkiem Drużyny Pierścienia. Hmmm... dobra nie do końca o to mi chodziło. Troszkem się była zapędziła.

Każdy wchodząc w życie myśli, że uda mu się być innym niż wszyscy. Ale wszyscy dlatego są tacy, że większości nie udaje się dopiąć swego. Nieliczni zmieniają reguły gry. Oni zaistnieją, będą mieli okazję wykrzyczeć światu co myślą. "Buntuję się więc jestem" - niewielu dotrze do sedna tej wskazówki.

Myśląc "pod prąd", wyobrażamy sobie łamanie reguł, opieranie się wszelkim zewnętrznym czynnikom nacisku. A tu co się okazuje - 'pod prąd' oznacza także' do źródeł' - do początku, do tego co dla nas naprawdę ważne. Do tego oczym marzy się w młodości.

Nie ma nic piękniejszego w życiu niż spełniać marzenia - jeśli chciałeś zawsze coś zrobić, czegoś spróbować, rzucić wyzwanie losowi, czemu tego nie robisz? Co masz do stracenia? Czego się boisz? Dlaczego nie ruszyć z miejsca, na podbój świata, tam gdzie nikogo przed nami nie było? Dlaczego przynajmniej nie spróbować - pokazać samemu sobie - kim jestem i na co mnie stać?

Z prądem płyną śmieci - mocne słowa, ale cóż - czy nie tak właśnie myślimy o wszystkich, którzy nie mają własnego pomyslu na życie? Czy nie w takich barwach widzimy nastolatków, jakby żywcem wyjętych z MTV i nowobogackich w ich wypasionych samochodach? Czy nie mówimy sobie w duchu już na pierwszy rzut oka - ten nie ma w życiu żadnych wyższych wartości?

Nigdy nie wolno przestawać marzyć. Mimo, że jedne marzenia się spełniają a inne nie (i z jakiego to filmu ? ;P) Tak długo, jak ma się marzenia, ma się też cel w życiu. Tak długo jak podąża się za tymi marzeniami, gdy ma się odwagę by wyruszyć losowi na spotkanie, by walczyć o coś tak ulotnego jak spełnienie marzeń - tak długo płynie się pod prąd. A że odwagi potrzeba niemało, świadczy to jak niewielu może o sobie powiedzieć - podążałem zawsze za swoimi marzeniami.

wtorek, 27 lutego 2007

Pieśń niepokorna

"Jest pieśń jak żagiel gwiezdny napój
wielkie skrzydła wielki wiatr
dla tych co pełzać w mule nie chcą
głowa w górze sztywny kark"

Co to właściwie ma oznaczać - życie jest piękne? Moje życie? Jakie jest? Czasem wesołe, czasem smutne, czasem ciężkie, w większości przypadków zwyczajne i nudne. Jak każdy przeżywam każdy kolejny dzień. Czasem narzekam, na to że jest tak jak jest. Mogłoby być inaczej - lepiej. Przecież potencjalnie mogłabym być wysoką szczupłą brunetką z Los Angeles, no nie ? ;)

"Jest pieśń jak pomruk zwiastun błyskawic
sokół pośród stada wron
tylko niektórzy ją podjąć umieją
innym gardła dławi strach"

Czy życie jest piękne tylko gdy jest się pięknym, bogatym i szczęśliwym? A co z tymi, którzy są samotni, biedni, opuszczeni? Co z tymi, którzy cierpią? I którym z nich najłatwiej powtażać sobie co dzień, że 'życie jest piękne'? I czy to w ogóle może być szczere stwierdzenie w ustach kogoś, kto powiedzielibyśmy - nie ma się z czego cieszyć? A może właśnie tylko w ich ustach - bo byli na jego krańcach, a nadal znajdują w sobie siłę, by to powiedzieć?

"W bezsennych nocach ona gra
w bezdennym bólu ona trwa
jej czujesz moc i wciągnięty raz w nurt
oszalały biegniesz w nocy, kiedy inni syci śpią"

Życie to nie utopia, a stwierdzenie, że życie jest piękne nie oznacza ani szczęścia, ani sukcesu, ani radości, ani optymizmu. Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo i przyjemnie. Co więcej - nie może być łatwo i przyjemnie - wtedy nigdy nie dowiedzielibyśmy się kim tak na prawdę jesteśmy, na co nas stać. W życiu każdego człowieka, prędzej czy później pojawi się cierpienie. Jak więc można mówić - życie jest piękne?

"Popatrz jak oni mdłym się ogniem tlą
nie daj przez palce ciągnąć dniom
życie bowiem musi brzmieć
tak jak wielki piękny wiersz"

Piękno życia nie polega na tym, żeby nie upadać. Polega na tym by podnosić się silniejszym. By zachować w sercu iskierkę nadziei, by czekać na każdy kolejny dzień. By z zapartym tchem obserwować każdy kolejny wschód słońca. Cokolwiek on nam przyniesie - dobrego czy złego - będzie jedyny w swoim rodzaju. Więcej się nie powtórzy. Karty swojego życia zapisujemy na całą wieczność. I ta świadomość czyni życie pięknym - bo jedynym w swoim rodzaju.

"Żywe pochodnie, płyniemy nad czasem
w dróg nieprzetartych dal
w nowe pejzaże ziemi niczyjej
gdzie nie bywał dotąd nikt"

Moje życie jest wyjątkowe. Dlatego właśnie, że jest moje, nie zależnie kim jestem, gdzie jestem, jaka jestem. Decyduję co zrobić z czasem, który został mi dany. Nie jestem wysoką szczupłą brunetką z Los Angeles. Jestem sobą. I bardzo dobrze. Idę moją własną drogą, od początku do końca. Wybierając jedno, rezygnuję zawsze z wielu innych możliwości. Życie jest piękne dlatego, że przemija. A możliwości przed nami stojące nigdy się nie powtórzą. Nie będzie drugiego, takiego samego wschodu słońca.

"Przez śnieg i przez deszcz
Pieśni sztandar chcesz nieść
i zbyt wielkich nie ma czynów
i zbyt wiekich nie ma spraw"

Na podstawie: Pieśni niepokornej, słowa: A. Sikorski, muzyka: R. Lipko i K. Cugowski

niedziela, 18 lutego 2007

Krótki post o zabijaniu

Wyobraź sobie kogoś, kogo najbardziej na świecie nie znosisz. Idziesz ulicą i widzisz jak potrąca go samochód. Czy mógłbyś przejść obok niego obojętnie ? Oczywiście, że nie. Lubisz czy nie, nie ma znaczenia. Jak mógłbyś spojrzeć w lustro gdybyś pozostał obojętny? Kim byś się stał?

A teraz wyobraź sobie, że ten ktoś zabił twoją rodzinę - żonę, męża, syna czy córkę. Czy zdobyłbyś się na to by jemu pomóc? Czy zdobyłbyś się na to by jemu nie życzyć źle? By nie szukać zemsty?

Są tacy, którzy mówią o karze śmierci - sprawiedliwość. Oko za oko. Życie za życie. I są tacy którzy nauczają - miłujcie swoich nieprzyjaciół. Gdy spotyka cię coś straszenego czujesz się usprawiedliwiony. Zwolniony z obowiązku miłości wobec człowieka - potwora, przez którego spadło na ciebie nieszczęście. Ale pragnąc zemsty sam stajesz się taki sam. Czy zabijanie w majestacie prawa różni się od okrutnej zbrodni?


Inspired by:
Krótki film o zabijaniu, Polsak 1987 reż. K. Kieślowski
Przed egzekucją, USA 1999, reż. T. Robins
Świadek koronny, Polska 2005, reż. J. Sypniewski

niedziela, 11 lutego 2007

What a wonderful world...

"Każdy powinien mieć swój dom na rozstaju dróg.
Miejsce w które się wraca po latach."

Dobrze mieć swoje miejsce na Ziemi. Takie, w którym czuje się jak w domu. Gdzie wracają najszczęśliwsze wspomnienia. Gdzie jest się sobą. Za którym tęskni się, nie ze smutkiem ale z uczuciem dziwnej spokojnej radości. Radości z tego, że to miejsce istnieje, że czeka by przygarnąć strudzonych Wędrowców, tak jak nas przygarnęło i okryło płaszczem wiedzy, doświadczenia, ale przede wszystkim świadomości.

Świadomości świata, który nas otacza. Miejsce to bowiem nauczyło mnie otwierać mój mały, ciasny rozumek na sprawy naprawdę wielkie. Na sprawy, o których kiedyś nie śmiałabym myśleć. Na matematykę, historię, filozofię, a przede wszystkim na człowieka. Nauczyło mnie wrażliwości i nauczyło dostrzegać człowieka. Człowieka, który swoją duszę lata temu przelał na pożółkły papier.

Nigdy nie lubiłam wielkich, obowiązkowych dzieł literatury. Dziś wiem z własnego doświadczenia, że mogą one odcisnąć piętno na ludzkiej duszy. Że mogą stać się częścią życia, że mówią prawdę o świecie, o człowieku, że pokazują więcej, patrzą dalej. Dziś, gdy tak ważne stało się dla mnie przesłanie pewnego pana, który pewnego (prawie) zwykłego dnia na (prawie) zwykłej lekcji wskazał mi moją drogę i pomógł podjąć (prawdopodobnie) najważniejszą decyzję w moim życiu - Bądź wierny, idź.

Było też wielu innych, przez których niejednokrotnie długie dzieła ciężko było przebrnąć, a za którymi teraz tęsknię, do których wracam, z których mądrości chcę czerpać. Oni sprawili, że zaczęłam zastanawiać się nad światem, nad własnym życiem. I doszłam do wniosku, że ja też chcę patrzeć dalej i widzieć więcej. Różni byli wśród nich, każdy jedyny w swoim rodzaju - Norwid, Kafka, Bułhakow, Herling-Grudziński, Borowski, Dostojewski, Herbert, Miłosz.

Dzięki nim piszę dziś to co piszę. Nie żebym pchała się do tego sławnego grona. Aż tak mi blog nie uderzył do głowy ;) Po prostu zostawiam tu kawałek tego, kim jestem. A jestem taka, jak ukształtowało mnie moje życie. Z tym co czytałam, słyszałam i widziałam - to wszystko składa się na człowieka. A szczególnie ważną składową w moim przypadku była i jest ta szkoła.

Szkoła jedyna w swoim rodzaju - szkoła, która nie daje więcej wiedzy niż inne, ale taka, która robi to inaczej. Taka która daje do ręki narzędzia, wskazuje ścieżkę i pozwala dokonywać wyborów. Nie wciska w schematy, nie wyznacza granic ale otwiera horyzonty. Sprawiła, że jestem tu gdzie jestem. Że jestem tym kim jestem. Otworzyła przede mną wspaniały świat, ten który kiedyś wydawał się nudny, a okazał się być po prostu fascynujący! Świat, który nie każdemu dane jest zobaczyć. Inny, wspaniały świat.

sobota, 20 stycznia 2007

Historia (wszech)świata

Chciałabym opowiedzieć wam historię pewnego Człowieka. Na wstępie uprzedzam, że historia ta pochodzi z jednego z moich ulubionych filmów. Niewielu jednak zauważa jak podobna jest do tych całkiem nie-filmowych. A więc (wiem, wiem, nie zaczyna się zdania od a więc ale tym sposobem możemy już przejść do sedna ;) oto i owa historia.

W małej i biednej wiosce, w miejscu o którym możnaby powiedzieć - kraniec świata, urodził się Chłopiec. Gdy miał kilkanaście lat do owej wioski zawitali obcy ludzie, i ze względu na jego specyficzne umiejętności zabrali go z sobą do stolicy. Tam zaczął poznawać wielki świat i prawdziwe życie. Tam znalazł nauczycieli, którzy wiedzieli jak ważny jest jego los. Tam zdał sobie sprawę, że jest wyjątkowy. Tam też się zakochał i ożenił. I tam wkroczył do świata wielkiej polityki.

Uważając siebie za dość mądrego i potężnego, by samemu objąć władzę, przyłączył się do okrutnego dyktatora, mając nadzieję, że w ten sposób polepszy los swoich bliskich. Początkowo chciał tylko bronić pokrzywdzonych, a stał się niosącym śmierć despotą. Pozbył się swych dawnych nauczycieli i u boku nowego władcy zdławił demokrację, by utworzyć nowe imperium. Jego imperium. Imperium rządzone terrorem i strachem. Stracił też najbliższą mu osobę, tę właśnie dla której robił to wszystko - swoją żonę.

I tak człowiek o czystych i szlachetnych intencjach został uwiedziony przez władzę. Czy nie tak zaczynają wszyscy autokraci - najpierw pragną dobra ojczyzny, buntują się przeciw obowiązującemu systemowi, a gdy mają już władzę, którą chcieli tak szlachetnie wykorzystać to przestaje się liczyć. Ci którzy byli poniżani, stają się tymi, którzy poniżają. Zapominają o własnej przeszłości, o ideach, które im przyświecały. Bo nie można używać złych narzędzi w dobrym celu. Bo dobry cel nie uświęca środków - to się nigdy nie udaje. A zwłaszcza w polityce.

PS. Ciekawa jestem czy wiecie jaki film miałam na myśli? Czekam na komentarze ;) Jeśli jesteś filmocholikiem nie czytaj umieszczonej poniżej podpowiedzi. Jeśli uważasz się za zwyczajnego pożeracza fabuł możesz przeczytać ;)


PPS. Zagadka okazała się naprawdę trudna. Dla ułatwienia i ścisłości dodam więc zakończenie tej historii. Otóż władza nie zdołała zniszczyć w owym Człowieku całego dobra. Po wielu, wielu latach, pod wpływem własnego syna, zbuntował się przeciw dyktatorowi - zabił go i sam, ginąc przywrócił dawny porządek.

Człowieczeństwo

Inspired by Piotr /mylnik.blogspot.com/

Co jest takiego w człowieku co różnić go ma od zwierząt? Wiedząc, że łączy nas cała biologia, że chodzimy po tej samej Ziemi, że kierujemy się tymi samymi instynktami to może w sumie niewiele. Tak samo jak każde stworzenie - chcemy przetrwać. Jeść, spać, rozmnażać się, żyć. Żeby zachować ciągłość gatunku. Co więc sprawia, że sami stawiamy się wyżej od nich? Można wymieniać długo, i każdy pewnie na pierwszym miejscu wymieniłby coś innego. Może to kultura, którą tworzymy, może samoświadomość, może wolna wola, może sumienie?

A może zdolność kierowania własnym życiem niezgodnie z instynktami, które są nam wrodzone? Jeśli bowiem chcemy różnić się od zwierząt, czy nie powinniśmy przestać budować naszego świata opierając go o 'prawa dżungli'? Czy nie jest tak, że aby stawać się człowiekiem, trzeba pokonać samego siebie? Odżucić to co okrutnie zwierzęce? To co było w nas od zawsze?

Chciałabym tu przytoczyć pewną teorię, mówiącą, że pełnię człowieczeństwa można osiągnąć odbierając sobie życie bez powodu. Bo to właśnie jest zaprzeczenie pierwszego i najsilniejszego instynktu - instynkty samozachowawczego. Drastyczne prawda? I może to do pewnego stopnia prawda, tylko jaki w tym sens? Pomyślmy - co by się stało, gdyby cała ludzkość, zapragnęła nagle osiągnąć pełnię człowieczeństwa? Hmm. Cóż, ja się zgadzam z tą teorią o tyle, że człowieczeństwo to wybór świadomy i dobrowolny, a nie podążanie za instynktem. To odrzucenie tego co nieludzkie w sobie samym. Nie widzę jednak powodu, dla którego trzebaby było udowadniać to sobie w ten sposób.

Myślę, że tego nie trzeba wogóle udowadniać. Chodzi o to, żeby być gotowym na czyny sprzeczne z naszymi instynktami, dla jakiegoś celu. Celu ważniejszego od nas samych. Celu, dla którego gotowi bylibyśmy poświęcić życie. A na to trzeba się zdobyć samemu, w zakamarkach duszy. To tam, a nie na szczycie wieżowca, toczymy walkę między tym co w nas zwierzęce, a tym co ludzkie. To tam wygrywamy albo przegrywamy. Sami ze sobą.

A to kim jesteśmy, na co potrafimy się zdobyć zależy od jej wyniku. I myślę, że to czasem widać. Nie u tych którzy skaczą z dachów, ale u tych którzy zdecydowali się na życie w celibacie by służyć Bogu, w którego wierzą. I u tych, którzy gnani chciwością i żądzą gromadzą w swych rękach coraz więcej władzy i bogactwa.

piątek, 12 stycznia 2007

Powołanie

Jak to dzisiaj usłyszałam zacząć należy od tego co to słowo w ogóle oznacza. Co oznacza dla mnie? No cóż nie potrafię (a może wcale nie chcę) pozbyć się skojarzeń religijnych. Kto może nas wołać? Od zawsze powołanym było się przez Boga. Powołanym do różnych zawodów, do małżeństwa, kapłaństwa, a na końcu do świętości. I nie umiem rozważać mojego powołania w oddzieleniu od tego rozumowania, w tzw. poprawności politycznej. Bo z tym co w życiu wybieram nierozerwalnie łączy się to w co wierzę.

I tutaj co-po-niektórzy podnieśliby larum, że trzeba być szczęśliwym, a nie się poświęcać i cierpieć. No właśnie. To właśnie wszyscy robimy, prawda? Szukamy szczęścia. A szczęście to spełnienie, to poczucie, że moje życie ma sens, że go nie marnuję, że robię to co kocham, że jestem we właściwym miejscu... Powołanie w rozumieniu religijnym to nie kajdany - nikt, nawet Bóg nie zadecyduje o twoim życiu za ciebie. Nikt nie wydaje rozkazów. Ale Ktoś chce żebyś był szczęśliwy.

Zwykło się rozumieć powołanie jako to, że lubi się swoją pracę. Można i tak, ale to by chyba było za proste. (Może wtedy byłabym matematykiem albo informatykiem?) Ale to nie wszystko. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że większość nowoczesnych ludzi nie ma ochoty marzyć ani kreować swojego życia. Idą na studia jakie są, do pracy jaka jest, biorą to co im się trafi. Są z siebie zadowoleni jeśli mogą coś zakombinować, żyją zwyczajnie swoimi codziennymi sprawami. Chyba w przekonaniu, że pracuje się po to żeby zarabiać. Zupełnie niemodne są poglądy, że nie warto robić w życiu czegoś, czego się nie kocha, że trzeba znaleźć sobie coś, na co warto poświęcić życie. Coś co pozwoli cieszyć się każdym dniem, każdym wschodem i zachodem słońca, każdą chwilą, każdym oddechem.

I może to brzmi jak z hollywoodzkiego filmu, może przyzwyczailiśmy się do tego, że wciska nam się takie bajki. Tylko, że to nie musi być bajka. Co złego jest we wzniosłych ideach, w szukaniu własnego miejsca? Komercja tak nas oswoiła z pewnymi postawami, że zapomnieliśmy, że mogą być prawdziwe. Że mogą stać się naszym udziałem. Wystarczy szczypta optymizmu, trochę wiary. A wtedy, zdawałoby się wytarty frazes o pomaganiu ludziom nabierze nowego znaczenia, nabierze głębokiego sensu.

No bo co złego jest w wytartych frazesach? Nic poza tym, że zwykle nie są prawdziwe. Powtarzamy je i powtarzamy, a zapominamy co naprawdę oznaczają. Wystarczy sobie przypomnieć. Wystarczy poszukać sensu. Wystarczy zadać sobie pytanie czego chcę od życia. Jak będzie wyglądało moje własne prywatne szczęście? Czy ma być łatwo i przyjemnie? Czy to wystarczy? Chyba nie bo inaczej nie gubiłoby się tak wielu ludzi w dzisiejszym zawikłanym świecie. Tak wielu, którzy zdawałoby się mają wszystko - sławę, pieniądze, sukces - nagle dochodzą do przekonania, że po drodze zagubili to co najważniejsze. Obyśmy nie obudzili się za 20 lat z poczuciem straconego czasu. Bo jego nie da się odnaleźc.

piątek, 5 stycznia 2007

Matematyka

Moim nauczycielom, szczególnie dr Jerzemu Kubisowi

Co tu dużo mówić, będzie o królowej nauk. I to nie dlatego, że ja ją tak lubiłam, gdy jeszcze dane mi było się jej uczyć. Raczej dlatego, że jest WSZĘDZIE. Pierwszym argumentem gnębionych uczniów, jets to, że matematyka jest oderwana od rzeczywistości. Otóż nie ona jest wszędzie, trzeba tylko umieć patrzeć. Przecież matematyki nikt nie wymyślił! Ona zawsze tu była, czekała by ją odkryć.

Od czego zaczyna sie historia matematyki? Czy przypadkiem nie od tego, że istniała potrzeba liczenia, na początku prostego określania liczebności stad owiec? A potem nieustanna potrzeba zadawania sobie kolejnych pytań, podejmowania wyzwań, odkrywania tajemnic? Praw matematytki, nikt przecież nie wymyślił, one czekały tylko (i nadal czekają) aż je ktoś odkryje. Aż przyjdzie ktoś, kto będzie w stanie trochę bardziej zrozumieć świat.

I przychodzą od czasu do czasu ludzie wyjątkowi, prawdziwi Matematycy. Ci którzy widzą więcej i potrafią patrzeć dalej niż ci żyjący obok nich. Weźmy jeden, jedyny przykład. Pierre de Fermat. Człowiek, który potrafił patrzeć naprawdę daleko. Matematyk samouk, żyjący na początku XVII wieku. Czyli okropnie dawno. Gdybyśmy pomyśleli o stanie innych nauk w tamtych czasach, moglibyśmy sie przerazić. Na przykład medycyna była w takich powijakach, że trudno stwierdzić czy pomagała czy szkodziła. Tymczasem Fermat wiedział o matematyce więcej niż nie jeden dzisiejszy matematyk. On musiał ją kochać i rozumieć. Spójrzcie na skróconą listę osiągnięć (według Wiki)

"Dokonał wielu odkryć w teorii liczb, m.in. sformułował słynne wielkie twierdzenie Fermata i jeszcze przed Kartezjuszem opracował i stosował metodę współrzędnych w geometrii. Wykazał, że wszystkie krzywe drugiego stopniada się uzyskać przez odpowiednie przecinanie płaszczyzną powierzchni stożka; podał metodę znajdowania ekstremum funkcji. Jego prace stworzyły też podstawy pod późniejszy rozwój rachunku prawdopodobieństwa."

A na dodatek nie robił tego na zlecenie, ani dla sławy, ani dla pieniędzy. Pewnie i tak był bogaty. Większość jego prac została wydana po śmierci, a swoje odkrycia zwykł notować, na marginesach książek, które akurat czytał. I tak też potraktował wzór nazwany przez nas Wielkim Twierdzeniem Fermata. Zanotował je na marginesie łacińskiego tłumaczenia książki Arithmetica Diofantosa i opatrzył następującą uwagą: 'znalazłem zaiste zadziwiający dowód tego twierdzenia. Niestety, margines jest zbyt mały dla zapisania dowodu'. Widać sam nie uważał je za tak wielkie jak inni matematycy. Może dlatego, że odkrył je przy okazji popołudniowej lektury. A inni matematycy męczą się nad nim przez wieki. Bo choć zostało po 300 z górą latach udowodnione, to nadal szuka się dowodu bez odniesień do skomplikowanych, nowoczesnych teorii.

Zainteresowanych tematem odsyłam do Wiki: wielkie twierdzenie Fermata. Może i wam uda się pokochać królową nauk i spojrzeć daleko w przyszłość.