piątek, 12 stycznia 2007

Powołanie

Jak to dzisiaj usłyszałam zacząć należy od tego co to słowo w ogóle oznacza. Co oznacza dla mnie? No cóż nie potrafię (a może wcale nie chcę) pozbyć się skojarzeń religijnych. Kto może nas wołać? Od zawsze powołanym było się przez Boga. Powołanym do różnych zawodów, do małżeństwa, kapłaństwa, a na końcu do świętości. I nie umiem rozważać mojego powołania w oddzieleniu od tego rozumowania, w tzw. poprawności politycznej. Bo z tym co w życiu wybieram nierozerwalnie łączy się to w co wierzę.

I tutaj co-po-niektórzy podnieśliby larum, że trzeba być szczęśliwym, a nie się poświęcać i cierpieć. No właśnie. To właśnie wszyscy robimy, prawda? Szukamy szczęścia. A szczęście to spełnienie, to poczucie, że moje życie ma sens, że go nie marnuję, że robię to co kocham, że jestem we właściwym miejscu... Powołanie w rozumieniu religijnym to nie kajdany - nikt, nawet Bóg nie zadecyduje o twoim życiu za ciebie. Nikt nie wydaje rozkazów. Ale Ktoś chce żebyś był szczęśliwy.

Zwykło się rozumieć powołanie jako to, że lubi się swoją pracę. Można i tak, ale to by chyba było za proste. (Może wtedy byłabym matematykiem albo informatykiem?) Ale to nie wszystko. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że większość nowoczesnych ludzi nie ma ochoty marzyć ani kreować swojego życia. Idą na studia jakie są, do pracy jaka jest, biorą to co im się trafi. Są z siebie zadowoleni jeśli mogą coś zakombinować, żyją zwyczajnie swoimi codziennymi sprawami. Chyba w przekonaniu, że pracuje się po to żeby zarabiać. Zupełnie niemodne są poglądy, że nie warto robić w życiu czegoś, czego się nie kocha, że trzeba znaleźć sobie coś, na co warto poświęcić życie. Coś co pozwoli cieszyć się każdym dniem, każdym wschodem i zachodem słońca, każdą chwilą, każdym oddechem.

I może to brzmi jak z hollywoodzkiego filmu, może przyzwyczailiśmy się do tego, że wciska nam się takie bajki. Tylko, że to nie musi być bajka. Co złego jest we wzniosłych ideach, w szukaniu własnego miejsca? Komercja tak nas oswoiła z pewnymi postawami, że zapomnieliśmy, że mogą być prawdziwe. Że mogą stać się naszym udziałem. Wystarczy szczypta optymizmu, trochę wiary. A wtedy, zdawałoby się wytarty frazes o pomaganiu ludziom nabierze nowego znaczenia, nabierze głębokiego sensu.

No bo co złego jest w wytartych frazesach? Nic poza tym, że zwykle nie są prawdziwe. Powtarzamy je i powtarzamy, a zapominamy co naprawdę oznaczają. Wystarczy sobie przypomnieć. Wystarczy poszukać sensu. Wystarczy zadać sobie pytanie czego chcę od życia. Jak będzie wyglądało moje własne prywatne szczęście? Czy ma być łatwo i przyjemnie? Czy to wystarczy? Chyba nie bo inaczej nie gubiłoby się tak wielu ludzi w dzisiejszym zawikłanym świecie. Tak wielu, którzy zdawałoby się mają wszystko - sławę, pieniądze, sukces - nagle dochodzą do przekonania, że po drodze zagubili to co najważniejsze. Obyśmy nie obudzili się za 20 lat z poczuciem straconego czasu. Bo jego nie da się odnaleźc.

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

chce coś napisać...ale nie wiem co.
Czuję się jak trzasnięty obuchem, co tam jak trzaśnięty tą dużą kulą, którą się wyburza domy na filmach.

Czułem, że jesteś bardzo bogata w środku Zosiu, ale nie myślałem, że tak bezpłędnie potrafisz tą głębie wyrażać. Dziękuję za te słowa o powołaniu - są ważne i piękne.

Aha i już nigdy nie powtarzaj, że lubisz słuchać innych jak się wypowiadają bo Ty tgo nie potrafisz czy coś tam.
To inni powinni słuchać Ciebie.

GZ

zofija pisze...

Dzięki Grzesiu.
Nic więcej nie powiem bo mi słów zbrakło z wrażenia po tym komentarzu.