Optymistycznie brzmi ten tytuł prawda? A otóż nie będzie dziś o niczym optymistycznym. Po prostu w mojej blond-głowie nastąpiło zestawienie faktów, synapsy rozgrzały się do czerwoności i powstały ONE - wnioski. Ale do rzeczy, i po kolei:
Fakt nr 1 - Kiedyś podczas oglądania amerykańskiego filmu ("Mama na obcasach" - bardzo zabawny swoją drogą ;) uderzyło mnie, że owi Amerykanie mają w mentalności zapisaną pewną pragmatyczną zapobiegliwość. Już w młodym wieku piszą testament, oświadczenie o pobieraniu organów do przeszczepu, tzw. "Living Will" (oglądającym Ostry Dyżur znane jako DNR czyli "do not resuscitate"). Zarządzają kto ma się zając ich dziećmi po ich domniemanej śmierci, piszą pożegnalne listy do najbliższych.
Fakt nr 2 - z cyklu ciekawostki anatomiczne. Gdy mówi się że "Na coś trzeba umrzeć", mówi się też że równie dobrze mogę jutro wpaść pod tramwaj. Ma to oznaczać że nie wiem co mnie czeka, że zdaję sobie sprawę z tego jak niestały jest los. Dziś młody i zdrowy, a jutro może mnie już tu nie być. Jednak czy naprawdę tak myślimy? Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że to się tylko tak wydaje. Łatwo się mówi, ale bądźmy szczerzy, ilu ludzi dziennie wpada pod tramwaj? (odliczyć samobójców). Niewielu. No właśnie - tak tylko gadamy, a cały czas myślimy, że mamy panowanie nad własnym życiem. Że skoro jesteśmy młodzi i zdrowi, to nic nie może się stać. A tak niestety nie jest. Na dowód zapowiadana ciekawostka anatomiczna - tzw. udary mózgu, czyli krwotoki z koła tętniczego mózgu do przestrzeni podpajęczynówkowej, występują często u ludzi młodych, z powodu wad tętnic i tętniaków. W ponad 90% przypadków prowadzą do śmierci. Niczym nie zapowiedzianej.
WNIOSKI - Polska mentalność dziwna jest. Każe nam nie myśleć o rzeczach oczywistych, które i tak nas - prędzej czy później czekają. A zatykanie uszu nie pomoże - śmierć czeka każdego człowieka. Nikt nie jest w stanie przewidzieć kiedy. Może myśl o niej odsuwać w bliżej niesprecyzowaną przyszłość, ale czy to pomoże? Czy nie lepiej żyć ze świadomością, że sie o wszystko zadbało. Czy nie lepiej wiedzieć, że zadbało się np. o los własnych dzieci, niż zdawać się na bezduszny system? Amerykański styl załatwiania takich spraw nas razi. Bo jak oni mogą tak na zimno, takie kalkulacje przeprowadzać. Ale może lepiej zapomnieć o bagażu zwyczajów i zastanowić się chwilę. Może lepiej być gotowym. Pod każdym względem.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

2 komentarze:
Nie. Pisanie testamentu to tak jakby już troszkę umieranie. Poza tym - statystyka mówi, że jeszcze trochę pożyjesz jeśli masz dopiero 20/30/40 lat. Wiele rzeczy może się zmienić. To co, co roku nowy testament? Tak na gwiazdkę, żeby ostudzić radosny nastrój?
_____
Myślę, że lepiej tak, żyć, żeby niczego nie żałować w każdej obecnej chwili.
"Nie martwcie się zbytnio o dzień jutrzejszy. Dość ma dzień swojej biedy" by Wiadomo Kto
Nie, pisanie testamentu to tak samo umieranie jak każdy dzień twojego życia. Codziennie masz o jeden dzień mniej. Nie ma co czekać. Ale zgadzam się oczywiście, że trzeba tak żyć żeby niczego nie żałowac. Także tego że się czegoś komuś nie powiedziało. Dlatego może warto napisać coś w stylu testamentu. Ale to tylko teoria bo ja się jeszcze nie odważyłam ;)
Prześlij komentarz