Pod tytułem zapowiadającym filmik sensacyjny, zakrapiany szeroko lejącą się krwią i doprawiony słuszną dawką patosu wraz z patriotyzmem jak to w amerykańskim kinie zwykło bywać, ukryła się - śmiem twierdzić - perełka. A tytuł "Courage under fire" dość nieudolnie przetłumaczony został na "Szalona Odwaga".
O czym był ten film? Jak to w fabryce snów zdarza się często, mamy samotnie wychowującą dziecko kobietę-pilota, odważną i bohaterską jak na Marines przystało. Ale niespodzianki zaczynają się wcześnie - oto bowiem grana przez Meg Ryan bohaterka ginie i ma jej zostać przyznany pośmiertnie meda honoru. Śledztwo w sprawie jej śmierci przeprowadzi borykający się z własną przeszłością Denzel Washington.
Tyle jeśli chodzi o fabułę, która bynajmniej nie jest w tym filmie najważniejsza. Najważniejsze są pytania jakie on stawia. Pytania o to jak zostaje się bohaterem, a more importantly o to jak żyć dalej niosąc w sumieniu ciężar podjętych decyzji. Decyzji, które każdy z nas mógłby podjąć - tak samo blisko mamy bowiem do bohatera, jak do zdrajcy. O tym jak będziemy zapamiętani często zadecyduje przypadek i w nie mniejszym stopniu - nasz wybór.
Oto bowiem okazuje się, że nawet amerykańscy żołnierze są tylko (czy może aż?) ludźmi. Niewielu stać na poświęcenie własnego życia, na bycie wiernym do końca, swoim zasadom swoim przyjaciołom. Oto bowiem okazuje sie, że w oddziale, którym dowodziła pani kapitan doszło do buntu. Że jeden z jej towarzyszy broni w strachu przed sądem wojennym zostawił ją ranną, samą pod ostrzałem - na pewną śmierć. Inny z kolei nie zaprotestował. Obaj nie mogą z tym żyć. Obaj powoli giną - zabijają się, bo nie są w stanie wytrzymać ze świadomością tego kim są. Zadecydowała jedna decyzja.
Przed taką decyzja każdy prędzej czy później staje. Czasem jest ona jedna na całe życie, wybieramy kim jesteśmy i już nie ma odwrotu. Czasem składa się na nie wiele drobnych, codziennych kroczków. I co się okazuje - ktoś kto jest zwyczajnie dobrym człowiekiem nie zostanie bohaterem. Bo bohaterem zostaje się w sytuacjach kryzysowych, w sytuacjach bez wyjścia, gdy trzeba wszystko postawić na jedną kartę - w godzinie próby.
Dlatego właśnie świat nie składa się z bohaterów i zdrajców. Składa się na niego wielu ludzi, lepszych czy gorszych. Niektórzy z nich staną przed ową próbą i zostaną zapamiętani jako ci dobrzy lub ci źli. Co jest tak naprawdę niesprawiedliwe, bo każdy z nich jest tak samo człowiekiem. Można człe życie robić swoje i zawieść w tej jednej decydującej chwili. Można też okazać się bohaterem. Czy nie mamy na to wpływu? Mamy. Niezależnie od tego jak ważne są nasze decyzje, zawsze są NASZE. One wyznaczją to kim jesteśmy. Nikt nie może sam stać się bohaterem. Możemy tylko być gotowi.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

2 komentarze:
A Fryderyk Nietzsche, tak sobie sprawę wyboru wykoncypował. Otóż skoro odrzucił religię odpada automatycznie ocena KAŻDEGO czynu popełnionego za życia.
Nasz Fryderyk, wymyslił sobie, że świat jest wieczny i cągle się odnawia, a wszytsko w nim takie same jest jak teraz. To znaczy, że podejmując decyzję podejmuje się ją na wieczność. ( W K-Pax coś podobnego słyszałem)
Keep that in mind
Proble jest odwieczny - Antygona (chociaż tu by sie można kłócić), Lord Jim itp.
Bohaterem się nie zostaje - bohaterem się staje.
Co do Nietzschego, to ocena chyba pozostaje, ale w odniesieniu do osobistego, a nie religijnego i ogólnie przyjętego systemu wartości.. Poza tym pozostaje ocena czynu w kategoriach wielki (czyli jakby dobry) i mały, zwykły (czyli jakby zły).
Prześlij komentarz