środa, 29 listopada 2006

Wolność wyboru ?

Kiedyś było niewolnictwo. Kiedyś kobieta była własnością mężczyzny. Chłop czy służący własnością pana. Wielu ludzi nie miało wolności decydowania o swoim losie. Aż przyszła nowa era,przynosząc nam wolność wyboru. A jak to w ludzkiej naturze bywa - coś dostaliśmy, spodobało nam się, więc chcemy więcej i więcej....

Dobrze jest żyć w nowoczesnych czasach prawda? Mamy elektryczność, telewizję, internet i prawa wyborcze dla kobiet. Żyjemy w erze tolerancji, nienawiść etniczna, rasowa czy jakiekolwiek przejawy dyskryminacji ze względu na płeć, religię czy poglądy są przez społeczęństwo XXI wieku piętnowane. Przynajmniej przez te bardziej rozwinięte społeczeństwa, bo patriarchalna kultura krajów np. arabskich to zupełnie inna para kaloszy.

Ale do rzeczy. Niezaprzeczalnym faktem jest, że tytułowa wolność wyboru każdego człowieka jest uznawana jednoznacznie za moralnie pozytywną. Tak po prostu powinno być - każdy ma prawo decydować o sobie, o swojej religii i przekonaniach. Możemy zmieniać wszystko w naszym życiu, wszystkiego spróbować. Coraz większą popularność zyskują egzotyczne religie, systemy etyczne, style życia. Są jednak takie aspekty naszego życia w których nie możemy podejmować świadomych decyzji, wybrać sobie tylko tego co się nam podoba, wywrócić wszystkiego do góry nogami i ustawić jeszcze raz po swojemu.

Mówi się np. że rodziców się nie wybiera. Nie wybiera się też miejsca pochodzenia czyli narodowości ani rasy. Nie wybiera się płci. I tak jak z rodzicami można zerwać kontakt i o nich zapomnieć, ojczyznę opuścić a narodowość zmienić, tak z płcią nie jest już, zdawałoby się, tak łatwo.

Zaczynając od pewnych biologicznych podstaw - nie wiem jak Wy, ale ja znam dwie płcie - można być kobietą albo mężczyzną zasadniczo. Tak mnie od zawsze uczyli w szkole, i tak zostało do dziś. Jak bardzo musiałam się mylić!

Przeczytałam właśnie atykuł o prawie dotyczącym zmiany płci w stanie Nowy Jork. I dowiedziałam się nie tylko że można być kobietą w męskim ciele i na odwrót, a żeby zmnienić płeć w dowodzie osobistym wcale nie trzeba przechodzić żadnej operacji (sic!) ale także że istnieje wielka różnorodnosć płci (kilkanaście) co jest wspaniałe i nie wolno tego ograniczać! W końcu jak wolnośc wyboru to wolność wyboru! Wybierajmy więc!

Oto doszliśmy do kresu. Wolność nie ma już żadnych granic. Nie powstrzyma jej nawet biologia. Tylko czy to o niej marzyli niewolnicy? Czy jej chciały kobiety, służący, chłopi? Oto ją mamy. Stoi przed nami w pełnej krasie Wolność - ta o którą walczyli nasi dziadkowie, ta która krzyżami się mierzy. Co z nią zrobimy?

piątek, 24 listopada 2006

Optymistyczniej

Grzesiowi

Ciężko jest żyć na tym świecie rozmyślając. Przynajmniej mnie. Mam bowiem pewne bardzo silne przekonania których nigdy nie chciałabym utracić. Z drugiej strony, sądzę, że każdy ma prawo do własnych takich przekonań, że ja nie mam prawa nikomu i w żaden sposób ograniczać wolności. I tu pojawia się problem - jeśli za mój uznaję chrześcijański system wartości, to nie mogę patrzec bezczynnie jak inni go łamią. Wydaje się fanatyczną przesadą?

Mnie też, ale to chyba nieprawda. To zależy od tego co kto czuje, jak kto czuje. Ile ma w sobie tolerancji i miłości bliźniego. Bo ja wcale nie mam zamiaru narzucać niczego innym. Ale dlaczego oni chcą swoją "wolnośc" narzucić mnie? Dlaczego mam być taka nowoczesna? Dlaczego czuję się tu obco? Widzę hasła, które popierają tłumy, hasła które nie mają nic wspólnego z tym co ja czuję. Słyszę poglądy i wiem, że nie mają one nic wspólnego z tym co ja myślę. Podejmuję decyzje, które są wynikiem tego w co wierzę. A wszyscy....

Owi mityczni wszyscy, którzy myślą zupełnie co innego. Co innego czują, co innego uważają. Oni idą z duchem czasu. Są bogaci i piękni. Będą mieli szybkie samochody i kariery. Nowoczesne poglądy. Nie zaprzątają sobie myśli, tak zacofanymi i nikomu niepotrzebnymi sprawami, których pełne jest moje życie. Niektórzy wśród nowo spotkanych na mojej drodze do takich należą. Była to dla mnie pewna nowość po trzech latach przerwy. Po trzech latach, przez które czułam, że jest więcej takich jak ja. Że oprócz NICH jesteśmy jeszcze MY. Po tych trzech latach znów stoję sama w tłumie obcych mi ludzi. Z poczuciem, że nawet gdy ich poznam, nadal będą obcy.

Ale przekonałam się, że to nie prawda. Każdy z nas jest do pewnego stopnia obcy w wielkim świecie. Niektórzy bardziej inni mniej to czują. Lecz każdy z nas wychodzi z Domu, idzie zdobywać świat, pełen zapału. I każdy po trosze ukrywa się za tym co powszechne. Nie lubimy afiszować się z poglądami, zwłaszcza z tymi niepopularnymi. Nikt nie lubi się wyróżniać, bo wcale nie ma tolerancji w dzisiejszym świecie. Przynajmniej nie dla takich jak ja. Nikt nie chce by uznano go za dziwaka, a jego poglądy opluto. Dlatego właśnie milczymy gdy inni krzyczą.

Usłyszałam jednak jak Ktoś powiedział na głos to co ja myślę. Krótko i treściwie ubrał w słowa to co czułam zdaje się od zawsze. "Bo dla mnie życie ludzkie jest najwyższą wartością". Choć mogłoby się wydawać, że w wielu przypadkach humanitarnym byłoby stanąć po stronie aborcji i eutanazji. Po co bowiem żyć ma ktoś z wadą genetyczną, po co żyć ma ktoś kto i tak umrze za dzień, miesiąc, rok. I czym jest człowieczeństwo?

Dziś przekonałam się, że nie jestem sama w tłumie. Miałam ochotę krzyczeć.

środa, 22 listopada 2006

Co przyniesie przyszłość?

Optymistycznie brzmi ten tytuł prawda? A otóż nie będzie dziś o niczym optymistycznym. Po prostu w mojej blond-głowie nastąpiło zestawienie faktów, synapsy rozgrzały się do czerwoności i powstały ONE - wnioski. Ale do rzeczy, i po kolei:

Fakt nr 1 - Kiedyś podczas oglądania amerykańskiego filmu ("Mama na obcasach" - bardzo zabawny swoją drogą ;) uderzyło mnie, że owi Amerykanie mają w mentalności zapisaną pewną pragmatyczną zapobiegliwość. Już w młodym wieku piszą testament, oświadczenie o pobieraniu organów do przeszczepu, tzw. "Living Will" (oglądającym Ostry Dyżur znane jako DNR czyli "do not resuscitate"). Zarządzają kto ma się zając ich dziećmi po ich domniemanej śmierci, piszą pożegnalne listy do najbliższych.

Fakt nr 2 - z cyklu ciekawostki anatomiczne. Gdy mówi się że "Na coś trzeba umrzeć", mówi się też że równie dobrze mogę jutro wpaść pod tramwaj. Ma to oznaczać że nie wiem co mnie czeka, że zdaję sobie sprawę z tego jak niestały jest los. Dziś młody i zdrowy, a jutro może mnie już tu nie być. Jednak czy naprawdę tak myślimy? Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że to się tylko tak wydaje. Łatwo się mówi, ale bądźmy szczerzy, ilu ludzi dziennie wpada pod tramwaj? (odliczyć samobójców). Niewielu. No właśnie - tak tylko gadamy, a cały czas myślimy, że mamy panowanie nad własnym życiem. Że skoro jesteśmy młodzi i zdrowi, to nic nie może się stać. A tak niestety nie jest. Na dowód zapowiadana ciekawostka anatomiczna - tzw. udary mózgu, czyli krwotoki z koła tętniczego mózgu do przestrzeni podpajęczynówkowej, występują często u ludzi młodych, z powodu wad tętnic i tętniaków. W ponad 90% przypadków prowadzą do śmierci. Niczym nie zapowiedzianej.

WNIOSKI - Polska mentalność dziwna jest. Każe nam nie myśleć o rzeczach oczywistych, które i tak nas - prędzej czy później czekają. A zatykanie uszu nie pomoże - śmierć czeka każdego człowieka. Nikt nie jest w stanie przewidzieć kiedy. Może myśl o niej odsuwać w bliżej niesprecyzowaną przyszłość, ale czy to pomoże? Czy nie lepiej żyć ze świadomością, że sie o wszystko zadbało. Czy nie lepiej wiedzieć, że zadbało się np. o los własnych dzieci, niż zdawać się na bezduszny system? Amerykański styl załatwiania takich spraw nas razi. Bo jak oni mogą tak na zimno, takie kalkulacje przeprowadzać. Ale może lepiej zapomnieć o bagażu zwyczajów i zastanowić się chwilę. Może lepiej być gotowym. Pod każdym względem.

poniedziałek, 20 listopada 2006

Odwaga [z cyklu "fajny film wczoraj widziałam"]

Pod tytułem zapowiadającym filmik sensacyjny, zakrapiany szeroko lejącą się krwią i doprawiony słuszną dawką patosu wraz z patriotyzmem jak to w amerykańskim kinie zwykło bywać, ukryła się - śmiem twierdzić - perełka. A tytuł "Courage under fire" dość nieudolnie przetłumaczony został na "Szalona Odwaga".

O czym był ten film? Jak to w fabryce snów zdarza się często, mamy samotnie wychowującą dziecko kobietę-pilota, odważną i bohaterską jak na Marines przystało. Ale niespodzianki zaczynają się wcześnie - oto bowiem grana przez Meg Ryan bohaterka ginie i ma jej zostać przyznany pośmiertnie meda honoru. Śledztwo w sprawie jej śmierci przeprowadzi borykający się z własną przeszłością Denzel Washington.

Tyle jeśli chodzi o fabułę, która bynajmniej nie jest w tym filmie najważniejsza. Najważniejsze są pytania jakie on stawia. Pytania o to jak zostaje się bohaterem, a more importantly o to jak żyć dalej niosąc w sumieniu ciężar podjętych decyzji. Decyzji, które każdy z nas mógłby podjąć - tak samo blisko mamy bowiem do bohatera, jak do zdrajcy. O tym jak będziemy zapamiętani często zadecyduje przypadek i w nie mniejszym stopniu - nasz wybór.

Oto bowiem okazuje się, że nawet amerykańscy żołnierze są tylko (czy może aż?) ludźmi. Niewielu stać na poświęcenie własnego życia, na bycie wiernym do końca, swoim zasadom swoim przyjaciołom. Oto bowiem okazuje sie, że w oddziale, którym dowodziła pani kapitan doszło do buntu. Że jeden z jej towarzyszy broni w strachu przed sądem wojennym zostawił ją ranną, samą pod ostrzałem - na pewną śmierć. Inny z kolei nie zaprotestował. Obaj nie mogą z tym żyć. Obaj powoli giną - zabijają się, bo nie są w stanie wytrzymać ze świadomością tego kim są. Zadecydowała jedna decyzja.

Przed taką decyzja każdy prędzej czy później staje. Czasem jest ona jedna na całe życie, wybieramy kim jesteśmy i już nie ma odwrotu. Czasem składa się na nie wiele drobnych, codziennych kroczków. I co się okazuje - ktoś kto jest zwyczajnie dobrym człowiekiem nie zostanie bohaterem. Bo bohaterem zostaje się w sytuacjach kryzysowych, w sytuacjach bez wyjścia, gdy trzeba wszystko postawić na jedną kartę - w godzinie próby.

Dlatego właśnie świat nie składa się z bohaterów i zdrajców. Składa się na niego wielu ludzi, lepszych czy gorszych. Niektórzy z nich staną przed ową próbą i zostaną zapamiętani jako ci dobrzy lub ci źli. Co jest tak naprawdę niesprawiedliwe, bo każdy z nich jest tak samo człowiekiem. Można człe życie robić swoje i zawieść w tej jednej decydującej chwili. Można też okazać się bohaterem. Czy nie mamy na to wpływu? Mamy. Niezależnie od tego jak ważne są nasze decyzje, zawsze są NASZE. One wyznaczją to kim jesteśmy. Nikt nie może sam stać się bohaterem. Możemy tylko być gotowi.

sobota, 18 listopada 2006

I naprawić świat będę chciał

Słuchałam sobie właśnie beztrosko muzyki, w czasie gdy powinnam wziąć się za zakuwanie histologii, gdy nagle coś mnie tknęło. A tym czymś była jedna z moich ulubionych piosenek, taka o której nikt normalny i w miarę orientujący się muzycznie prawdopodobnie nigdy nie słyszał.

Mianowicie pod enigmatycznym tytułem "Lubię ten stary obraz" kryje się piosenka wyjątkowa, piosenka będąca ucieleśnieniem tęsknoty za światem który - powiedzmy sobie otwarcie - nie istnieje, marzeniem, które mam nadzieję wciąż jest udziałem zwłaszcza ludzi młodych.

Co widzimy na tym "starym obrazie"? Jest tam "pejzaż z kryształu, a od gór pędzą konie, zbroje błyszczą dzwoni stal". Właśnie tak drogi czytelniku - do miasta zbliżają się Błędni Rycerze, by niczym Robin Hood średniowiecza "potężnym strach, maluczkim dawać pokrzepienie". Czyż nie taką właśnie postawę podziwiamy, czy nie o niej opowiadamy baśnie i legendy od zarania dziejów? To oni - Błędni Rycerze, noszący w każdej epoce czy kulturze inne imiona, dzisiaj znani szerzej jako Batman, Spiderman, Medicopter 117, Nash Bridges... czy wreszcie Rycerze Jedi (sic!). Można by zbudować listę długą na kilometr (dopisz do niej swojego ulubionego Rycerza), a i ona nie byłaby kompletna. To na nich ciągle czekamy, choć wiemy, że na próżno. W końcu to wszystko tylko stary obraz.

Tylko? Czyżby oni wszyscy byli jedynie wytworem wybujałej wyobraźni artysty oderwanego od zwykłej szarej rzeczywistości? Otóż oto dowiadujemy się, że owi Błędni Rycerze, to ci, którzy postanowili "dewizę mieć - w straconej trzeba walczyć sprawie, marzeniem żyć, tak przecież najciekawiej". I co się wydarzyło? Coś czego byśmy się niespodziewali - bo oto bohater z obrazu przeniknął do naszego świata. Jednakże nie zrobił tego dosłownie, jak w tanim filmie fantasy klasy C. Mianowicie jeden z tych, którym pokrzepienie mieli nieść Rycerze, z tych którzy co dzień na próżno czekają, spoglądając tęsknie na obraz, zafascynowany ideą lepszego świata, który do tej pory oglądał jedynie w starych ramach, zdobył się na to by "rzucić wszystko z nimi iść, na wędrówkę na odwieczny szlak". Zapragnął sam żyć marzeniem o lepszym świecie, potężnym dać strach, a maluczkim pokrzepienie.

Czyż nie jest nim każdy z nas? Nawet jeśli nie, to pokuszę się o ocenę - być może tak właśnie powinno być. Czy nie jest udziałem każdego człowieka marzenie o lepszym świecie, o tym by być bohaterem broniącym słabszych? Czyż nie dlatego wybieramy zawód policjanta, prawnika, księdza, lekarza, polityka (!), czy dziesiątki innych? U podstaw każdej takiej decyzji, właściwej decyzji, leży dawno temu zasiane w duszy marzenie. Marzenie które narodziło się gdy patrzyliśmy na stary obraz, który pozornie tak był oderwany od naszej rzeczywistości.

"I naprawić świat będę chciał" - tymi słowami kończy się owa piosenka. Czy to znaczy że mogę zmienić świat? Czy autor mówi mi - "nawet najmniejsza istota może odmienić bieg dziejów"? Po trosze tak, lecz wiemy przecież, że może to być dane jedynie nielicznym. Niewielu jest takich maluczkich, którzy pozostawią po sobie świat zupełnie inny niż zastli. Większość z nas czeka codzienna żmudna praca, nie mająca nic współnego z życiem bohatera. Większość z nas nigdy nie posmakuje przygody, wilelkiej wędrówki.

Choć czy aby na pewno? Czyż nie jest tak, że dziś wyruszamy w drogę, robimy pierwszy krok? Oto ona - nasza własna ścieżka, którą kroczymy, bo mieliśmy kiedyś Marzenie. Niezależnie od efektu tej podróży, niezależnie od tego, co nas czeka w drodze, obyśmy nie zapomnieli dlaczego odważyliśmy się wyruszyć na tę właśnie wyprawę, gdy tyle łatwiejszych ścieżek czekało. I naprawić świat będę chciał...

piątek, 17 listopada 2006

Życie... ? Życie !

Każdy z nas wstaje rano, zabiera się do mniej lub bardziej znaczących zajęć. Oto i ono - nasze życie. Składają się na nie jak puzzle małe codzienne zdarzenia. Czasem zatrzymujemy się by na nie z uśmiechem (lub bez niego) popatrzeć i zastanowić się nad odpowiedzią na odwieczne w zasadzie pytanie "kim jestem".
Odpowiedź najprostsza i najbardziej oczywista brzmi - jestem człowiekiem. Co jednak składa się na to że możemy tak właśnie powiedzieć? Czym różnimy się od naszych krewniaków szymopansów, delfinów czy myszoskoczków? Powiesz czytelniku - jestesmy inteligentniejsi, podbiliśmy Ziemię, bo wpadliśmy na to żeby gotować mięso. Przez to rozrósł się nam mózg i oto jesteśmy - Władcy Świata.

Czy to jednak wszystko? Czym właściwie jest to gloryfikowane na każdym kroku - człowieczeństwo? Zmiany potencjału błonowego komórek nerwowych - czy naprawdę tam mamy szukać tego co nas wyróżnia? Co w takim razie z tak zwanymi dziećmi nienarodzonymi? Czy ktoś kto nie ma jeszcze mózgu też jest człowiekie? A jeśli nie to kim? A może raczej czym?
A może pójść dalej w myśl filozofii i powiedzieć, że wyróżnia nas świadomość własnego istnienia? A co z dziećmi, które nie potrafią jeszcze same wstać z łóżeczka - one nie mają przecież możliwości rozmyślania o własnym istnieniu.

A jednak - żyją, uśmiechają się, SĄ. Dochodzimy tutaj do drażliwego (przynajmniej dla niektórych) pytania - kiedy zaczyna się to życie, którym każdy z nas może się dzisiaj cieszyć? Każdy z nas to wie, niektórzy tylko boją się przyznać do tej wiedzy nawet sami przed sobą. Chowają się w gąszczu medialnego krzyku, partyjnych i ideologicznych przepychanek. Bo tak łatwiej. Bo tak wygodniej. Bo wszyscy tak robią. Robią to pochopnie, gdy w ich szarej codzienności pojawia się nowe, nikomu niepotrzebne, niechciane Życie.

A zatracenie własnego człowieczeństwa nazywać będą wolnością. Oni, którzy już nigdy wolni nie będą. Bo towarzyszyć co dnia im będzie świadomość tego kim są, z nią będą musieli żyć.

Wszyscy mają blogi - mam i ja !

Już od dawien dawna uważam że Internet jest uosobieniem wolności wymiany myśli, poglądów, opinii itd. Wolności praktycznie niczym nie skrępowanej. Więc wydawać by się mogło, że ludzie wypisują tutaj same bzdury - w końcu najlepiej czuje się tutaj młode pokolenie, a ono - przyznajmy szczerze - niewiele mądrych rzeczy ma do powiedzenia. W czasach gdy "bezinteresowność" czy "życzliwość" zostały właściwie zapomniane w realnym życiu, co dostrzec może nawet niewprawne oko obserwatora codzienności, nie można chyba oczekiwać by w wirtualnej rzeczywistości było inaczej ?
Nie można ? A może można ?
Fascynujacym dowodem na to że może być inaczej jest dla mnie Wikipedia - niby każdy może napisać co tylko chce, prawda? A jednak artukuły tam umieszczane są jednymi z lepszych jakie można w sieci znaleźć. Z radością zauważyłam także, że blogi także przestały pełnić rolę publicznego pamiętnika w stylu "wstałem o 7 i umyłem zęby, zjadłem na obiat chleba z serem, a dzień był nudny jak codzień". Po co bowiem mówić gdy nie ma się nic do powiedzenia?
Czytając dzisiaj posty Piotrka A., jego rozważania na temat samotności i nadludzi pomyślałam sobie, że to kurcze bardzo mądre jest. Te historycze odwołania... zaraz, czy to nie dlatego jest taki mądry, że historię studuje nasz Humanista? I wtedy zdałam sobie sprawę, że i ja mam coś do powiedzenia. Coś poza opisywaniem ile godzin poświęciłam na wkuwanie anatomii, a ile na oglądanie seriali. Mogę mianowicie powiedzieć Ci dlaczego wybrałam taki a nie inny kierunek studiów, choć wiele łatwiejszych ścieżek otwierało się przede mną, i dlaczego coraz bardziej uważam, że życie jest piękne. Mimo wszystko.