poniedziałek, 21 grudnia 2009

Dark passemger

Czujesz jego ciągłą obecność. Towarzyszy ci gdziekolwiek się udasz i czymkolwiek będziesz się zajmował. Nie daje o sobie zapomnieć. Nigdy.
Czai się tuż pod powierzchnią świadomości by zalać cię, zatopić, gdy na chwilę opuścisz gardę.
Czasem bardziej daje o sobie znać, z biegiem czasu coraz słabiej i słabiej. Blednie lecz nie chce jakoś zniknąć do końca. Bywają też momenty, gdy wraca z daleka, już prawie zapomniany. Przychodzi nieproszony i nie chce odejść. Nie da sobie powiedzieć – tylko nie dziś, zacznij od jutra, daj mi te kilka chwil spokoju i ciepła. Zostaw mnie.
Bywa tak, że nie chce opuścić cię na krok, i tak, że gdy pojawia się niespodziewanie, bo coś ci o nim przypomniało. Bo coś ci się skojarzyło. Bo wróciły wspomnienia, czasem sprzed wielu, wielu lat. Jego obraz, poczucie jego obecności wraca wtedy silne jak przed laty.
Na pewno są tacy, którzy uodpornili się na jego obecność, zaprzyjaźnili się z nim i może – jeśli to w ogóle możliwe- są z nim szczęśliwi. Na pewno jest jeszcze więcej takich, którzy nauczyli się z nim żyć, i po prostu tolerują jego obecność. Może dają radę nie zwracać na niego uwagi.
Jak guma do żucia pod butem – nie chce się odczepić, ale jednak możesz dalej iść. Jeszcze możesz.
Różnie o nim mówią. Jedni bezosobowo i tradycyjnie powiedzą - „wyrzuty sumienia”. Ci bardziej postępowi mogą nazwać go smutkiem, żalem, czy po prostu przeszłością. Bagażem.
Jest też taki, który mówi o nim dark passenger – mroczny pasażer. Bo zawsze jest przy nim, bo nigdy, nawet, jeśli chce nie zdoła o nim zapomnieć, zostawić go za sobą. Jeśli akurat chce, bo przecież ów mroczny pasażer może być przydatny. To on zrobi to czego my nie dalibyśmy rady, to on podejmie trudną decyzję. Zaciskając zęby oddajemy mu stery. Bo takie jest życie.
I dlatego właśnie nie wszyscy chcieliby się go pozbyć, niektórzy nic sobie z niego nie robią, inni mówią nawet, że go potrzebują. By robić swoje. By jakoś znieść każdy następny dzień. By przetrwać. By zrobić to, co muszą, nawet jeśli to im się wcale nie podoba.
Wielu też oczywiście z nim walczy, stara się nie dopuszczać go do głosu, może udawać że w ogóle go z nimi nie ma. Ale to nic nie da – bo on będzie nam towarzyszył, czy tego chcemy, czy nie.

Nie da o sobie zapomnieć.

Będzie przy każdym z nas.

Każdy potrzebuje przebaczenia.

środa, 14 października 2009

Byle tylko nie dorosnąć.

Wszystkie dzieci chcą być jak najwcześniej dorosłe. Bo - oczywiście - wtedy będą mogły robić co chcą, nikt ich nie będzie pilnował, będą decydować o sobie, mieć własne pieniądze i wydawać je na co tylko zewchcą. I nie mówcie mi, że w wieku lat 10-12 nie mieliście takiego wyobrażenia ;)

Potem, z bliska sprawa wygląda nieco już inaczej, ale jeszcze do 18stki dochodzimy z radością. Bo dostaje się dowód (jakby był komuś potrzebny), bo można pić, bo można zrobić prawo jazdy. Mnie osobiście zawsze najbardziej pociągało to ostatnie, ale do rzeczy.

Potem, kiedy się wreszcie okazuje, że
- możesz oczywiście robić co chcesz, tylko co z tego, skoro i tak wiesz co musisz robić, przecież dorośli muszą być odpowiedzialni. Jeśli więc poważnie traktujesz swoje zajęcia (np studia) to i tak wies, że musisz się uczyć, mimo że nikt ci nie każe ;)
- nikt cię nie pilnuje, co oznacza, że nie tylko wszystko czego nie zrobisz (np pranie, sprzątanie, gotowanie) odbije się na tobie, i to ty będziesz chodził głodny/nie miał się w co ubrać, ale jeszcze, że ewentualne konsekwencje tego co zrobiłeś bądź nie zrobiłeś spadną tylko na ciebie. Więc uważaj.
-masz własne pieniądze i wydajesz na co tylko chcesz. Hm. No niby są własne, ale po pierwsze mogło by ich być więcej, po drugie trzeba sobie na nie zapracować, a w najlepszym wypadku nazałatwiać mnóstwo rzeczy (np. stypendium). Więc już wiesz, że kasa nie bierze się z nikąd. W ten sposób robi ci się żal wydawać ją na tzw. byleco - im bardziej się natrudziłeś tym bardziej uważasz, żeby jej nie roztrwonić.

W końcu idziesz do pracy, w której jako porządny obywatel akceptujesz panujące tam reguły gry np. ubierasz się w ciuchy, których nie cierpisz, bo tak trzeba, albo wstajesz na 6.00 rano, albo wręcz przeciwnie - bierzesz nocki, bo tak trzeba.


I tak właśnie młode oblicze ludzkości wciska się w tryby systemu, i jakoś tak samo wychodzi, że wszyscy uczą się w tym systemie doskonale funkcjonować, nawet jeśli byli z natury buntownikami, i sami idąc przez życie powtarzają znammienne - tak musi być, tak urządzony jest świat.

Nic dziwnego, że jesteśmy najbardziej narzekiającym narodem świata.

Bo ten cały system - to kit, który świat z powodzeniem nam wciska. Oczywiście zaczyna się to od szkoły podstawowej - obowiązkowej i takiej samej dla wszystkich - właśnie tam po raz pierwszy dopadają nas krwiożercze pazury systemu. Czy nikogo innego nie dziwi, że szkoła jest dla dzieci obowiązkowa? Czy nikt nie uważa tego za dziwne, że nie można zdecydować - czy wogóle chce się tam chodzić, albo czy np. nie chce się zrobić sobie 2 miesięcy wakacji w środku roku? Niby co w tym takiego bulwersującego? Szkoła w założeniu jest przecież miejscem niewyczerpanych możliwości, a nie przymusowego pobytu. Miejscem, które ma nam wszystkim otworzyć umysł, nie na odwrót.

Oby ci, którzy nią rządzą o tym pamiętali, tego im życzę w Dzień Edukacji Narodowej.

niedziela, 3 maja 2009

Dziwny jest ten świat

2x śmierć

41-letnia łyżwiarka, Jayne Soliman umiera u szpitalu w Oxfordzie w Anglii 7 stycznia 2009 roku, po agresywnym krwotoku do mózgu. Jest w 26 tygodniu ciąży. Lekarze utrzymują jej bijące serce jeszcze przez dwa dni, podając jej wysokie dawki steroidów, by przyspieszyć rozwój płuc dziecka. 9 stycznia w wyniku cesarskiego cięcia na świat przychodzi jej córka Aya. Waży niecały kilogram.
9 lutego 2009 roku we włoskiej klinice w Udine umiera Eluana Englaro, po 17 latach spędzonych w stanie wegetatywnym i po 2 dniach odkąd zaprzestano jej sztucznego odżywiania. Jej ojciec, który od 10 lat walczył o odłączenie córki od karmiącej ją aparatury, twierdzi, że jej życzeniem było nie być sztucznie utrzymywaną przy życiu. Na tej podstawie zgodę na odłączenie karmienia wydaje 13 listopada 2008 roku włoski Sąd Najwyższy.

Rodzice

Rodzice są osobami, które chcą dla swoich dzieci jak najlepiej. To oni są przy nas od samego początku naszego życia, widzą jak stawiamy pierwsze kroki, to do nich kierujemy nasze pierwsze słowa. Oni też wiedzą co dla swoich dzieci najlepsze, oni są tymi którzy znają swoje dzieci najlepiej.
Rodzice zrobiliby wszystko, by ocalić swoje dzieci. Od samego początku, od kiedy pojawi się między nimi nowy, mały człowiek – najpierw jako samo tylko pragnienie posiadania potomstwa – potrafią poświęcić bardzo wiele z tego kim byli, by mieć dziecko, by mieć własne dziecko, by utrzymać je przy życiu. Z tych niegasnących pragnień rodziców zrodziły się postępy medycyny, dające im możliwości takie jak sztuczne zapłodnienie czy szansę na ocalenie coraz młodszych wcześniaków. Bo najszczęśliwszym ich dniem jest ten, gdy długo wyczekiwane dziecko przychodzi na świat.
A gdy już przyjdzie na świat, kochają je jak umieją, troszczą się o nie, nie mogliby znieść przecież tego, gdyby ich dziecku coś zagrażało, gdyby nie było bezpieczne, gdyby było chore, albo w śpiączce, gdyby umarło. Gdyby dziecko umarło, wraz z nim umarłyby i serca jego rodziców.
Okazuje się jednak, że prawdziwe życie jest dużo bardziej skomplikowane, niż prosta i jasna wizja świata. Okazuje się, że ono – życie – pisze dużo bardziej pokrętne scenariusze. Oto widzimy Matkę, która umiera w najszczęśliwszym dniu swojego życia, w dniu, w którym przyszła na świat jej długo wyczekiwana córka. Oto widzimy Ojca, który prosi dla swojej córki o śmierć.

Opinia publiczna

Gdy strażak wyciąga ludzi z płonącego budynku – jest bohaterem. Jest bohaterem nas wszystkich, staje się niejako osobą publiczną, osobą której każdy z nas ufa, nadczłowiekiem. Bo robi to co należy, bo naraża siebie by ratować innych, nieznanych sobie ludzi. Jest idealnie bezinteresowny. Społeczna opinia o jego czynie, jego moralna klasyfikacja jest także bezsprzecznie pozytywna. Zdziwilibyśmy się, gdyby tak nie było.
Bo nikt nie zastanawia się przecież nad tym, ile ów ocalony z pożaru człowiek będzie musiał teraz wycierpieć, ile bólu czeka go gdy jego rany będą się goić, ani czy w ogóle ma jakieś szanse na wyzdrowienie. Nie prowadzimy telewizyjnych debat na temat tego, kogo strażak ma jeszcze wynosić, a kogo już nie. Przecież ratujemy wszystkich, ratujemy życie. Bo wiemy, że tak trzeba.
Kiedy widzimy przed sobą szansę uratowania kogoś dzięki postępowi medycyny, nie pytamy o koszty, głębokim nietaktem byłoby przecież pytać czy warto, czy to się opłaca. Gdy można uratować dziecko, staramy się jeszcze bardziej – bo ono ma przed sobą całe życie, które dopiero co się rozpoczęło, bo ono jest uosobieniem niewinności i człowieczeństwa. Ono ma rodziców, którzy na nie czekają, którzy są dzięki niemu szczęśliwi, którzy je kochają i będą się nim opiekować dopóki starczy im sił.
Dlatego właśnie rzadko kiedy słyszy się głosy o tym, że jest granica, której nie powinno się przekraczać. Granica ratowania nie tylko poszkodowanych w wypadkach, których może nie powinniśmy za wszelką cenę utrzymywać przy życiu, ale także granica ratowania za wcześnie urodzonych dzieci. Bo dzieci, które ważą tak mało jak 400 g, mimo, że ich uratowanie jest według dzisiejszej medycyny możliwe, będą miały mnóstwo problemów ze zdrowiem. Większość z nich nie przetrwa pierwszych dni swojego życia. Bo całe ich życie być może będzie ciągłym cierpieniem – nie tylko dla nich, ale także dla ich najbliższych.
Ale pomimo tej bolesnej świadomości, całe społeczeństwo kibicuje postępom medycyny, gdy chodzi o ratowanie życia noworodków. Uważamy za sukces to, że udało nam się uratować jeszcze jedno, jeszcze mniejsze dziecko. Cieszymy się z perspektywy rozwoju, która daje rodzicom nadzieję na wyleczenie swoich dzieci z kiedyś beznadziejnych chorób, która jest szansą na lepszy los dla tych, których najbardziej kochamy.
A gdy przychodzi do rozmyślania nad życiem kogoś dorosłego, kogoś cierpiącego, a czasem starego, albo w stanie wegetatywnym, kogoś, komu się już raczej nie polepszy, i kto nie ma już przed sobą całego życia, bo znaczną jego część zostawił za sobą – wtedy dopiero, niejednokrotnie ze zdziwieniem, odkrywamy drugą stronę medalu. I o niej mówimy, że co to za życie, gdy jest się przykutym do łóżka, albo w śpiączce, że może lepiej nie żyć wcale, niż żyć tak. Tylko że ta druga strona przez cały czas tam była - i w życiu wcześniaków, i nastolatków po wypadkach, i nieuleczalnie chorych dorosłych, i ludzi starych – to jest cierpienie. Cierpienie, które prędzej czy później stanie się udziałem każdego życia.
My, jako społeczeństwo, jako opinia publiczna, cieszymy się z postępów medycyny, gdy dowiadujemy się, że dzięki możliwości utrzymania ciała Matki przy życiu, na świat mogła przyjść malutka Aya. Ale jakoś nie cieszymy się z postępów medycyny, które pozwoliły przez 17 lat stanu wegetatywnego utrzymać przy życiu Eluanę. Bo patrzymy na tę stronę medalu, którą akurat chcemy zobaczyć.

Dobra śmierć

Właśnie to oznacza po grecku słowo eutanazja. Słowo, które powstało, by określić osobę, która umiera świadomie, po uporządkowaniu swoich spraw, bez bólu. Mimo wszystko nie jestem pewna, czy śmierć może być dobra. Czy jest taką śmierć kończąca długie cierpienia? Czy jest nią śmierć, dzięki której ktoś inny będzie mógł żyć? Czy jest nią może śmierć w chwili, którą sami wybierzemy?
My – ludzie XXI wieku, którzy tak lubimy decydować o swoim życiu, którzy najbardziej czcimy swoją własną wolność. Najwyższą wartością stała się dla nas niezależność, możliwość wybierania sobie własnego losu. Niczego nie chcemy już przyjmować za pewnik, bo uważamy, że wszystko da się zmienić, nagiąć do naszych własnych potrzeb i wyobrażeń. Latamy w kosmos i nurkujemy w głębinach. Żyjemy w przekonaniu, że nasze możliwości nie mają granic. Że nie ma dla nas nic niemożliwego. I zapominamy o tych dawno ustanowionych, a może zawsze obecnych granicach, które może jeszcze gdzieś tam są – w nas – pewne jak gwiazdy na niebie - o prawie moralnym.
Wierzymy dziś w to, że należymy wyłącznie do samych siebie, i że w związku z tym mamy prawo o sobie decydować. My, którzy zaczynamy się uważać za swojego własnego boga, i przez to uzurpujemy sobie prawo do decydowania nie tylko o każdej sekundzie naszego życia, ale też i o naszej śmierci. Nie przychodzi nam już do głowy, że być może nasze życie nie jest tylko naszą własnością, że może ono jest czymś więcej.
Czasem idziemy nawet dalej, i przekazujemy to prawo, które najpierw sami sobie przyznaliśmy, kolejnym osobom. A jeśli już nawet nie my sami, to kto ma prawo zadecydować o naszym życiu lub śmierci? Kto się odważy przyjąć na siebie taką odpowiedzialność, wziąć na siebie ten ciężar? Czy wie w jakiej sam siebie stawia roli? Czy my sami chcemy pozwolić, by o naszej śmierci decydowały sądy?
Decyzja lekarzy o podtrzymaniu funkcji życiowych Janye uzyskała społeczne poparcie i zrozumienie. Mimo, iż Soliman była w stanie śmierci mózgowej, uznano, że gdyby mogła zdecydować, chciałaby, aby jej córka przeżyła. To oczywiste, dla lekarzy i dla nas wszystkich, że Matka chciałaby aby jej dziecko żyło, że bez wahania zrobiłaby dla niego wszystko.
Także znaczna większość katolickiego społeczeństwa Włoch, bo według sondy telewizji RAI aż 70% zgodziło się z decyzją Sądu Najwyższego, który zadecydował o odłączeniu karmienia Eluany. Zgodzili się więc z tym, o co walczył jej ojciec, powołując się na jej własną, wyrażoną przed wypadkiem wolę. Walczył, przekonany, że wie, czego chciałaby jego córka, przekonany, że ma prawo do podjęcia takiej decyzji. Wyczerpany 17 letnim czuwaniem przy łóżku swojego dziecka, pozbawiony nadziei na jakąkolwiek zmianę tego stanu, chciał dla niej dobrej śmierci. Tylko czy tak właśnie ma wyglądać „dobra śmierć”?
Dziwny jest ten świat, w którym dzisiaj żyjemy. Świat, w którym o życiu lub śmierci zadecyduje sąd, a o tym co dobre, a co złe smsowa sona. Świat, w którym nasze możliwości poszły dalej niż mogliśmy to sobie kiedyś wyobrazić, tak, że teraz nie bardzo umiemy dać sobie z nimi radę. Świat, w którym mamy decydować o tym, na co jeszcze niedawno nie mieliśmy żadnego wpływu. Świat, w którym się zagubiliśmy i nie możemy się odnaleźć.

poniedziałek, 30 marca 2009

Przemijanie... ma sens, życie ma sens

Co mi mówisz górski strumieniu?
w którym miejscu ze mną się spotykasz?
ze mną, który także przemijam —
podobnie jak ty...
Czy podobnie jak ty?
(Pozwól mi się tutaj zatrzymać —
pozwól mi się zatrzymać na progu,
oto jedno z tych najprostszych zdumień.)
Potok się nie zdumiewa, gdy spada w dół
i lasy milcząco zstępują w rytmie potoku
— lecz zdumiewa się człowiek!
Próg, który świat w nim przekracza,
jest progiem zdumienia.
(Kiedyś temu właśnie zdumieniu nadano imię «Adam».)

Był samotny z tym swoim zdumieniem
pośród istot, które się nie zdumiewały
— wystarczyło im istnieć i przemijać.
Człowiek przemijał wraz z nimi
na fali zdumień.
Zdumiewając się, wciąż się wyłaniał
z tej fali, która go unosiła,
jakby mówiąc wszystkiemu wokoło:
«zatrzymaj się! — masz we mnie przystań»
«we mnie jest miejsce spotkania
z Przedwiecznym Słowem» —
«zatrzymaj się, to przemijanie ma sens»
«ma sens... ma sens... ma sens!»


Jan Paweł II "Tryptyk Rzymski"

Jak łatwo nam się zgubić, zapomnieć, zabiegać i zostawić za sobą pamięć o tym ,co kiedyś miało dla nas sens. O co kiedyś nikt nawet nie pytał czy ma sens, tak było to oczywiste. Ale czas mija, doświadczenia przybywa i nagle człowiek znajduje gdzieś w sobie pytanie - dlaczego ja to wogóle robię ? I pustka zamiast odpowiedzi straszliwie go uwiera.

Człowiek nie ma swojego miejsca. Ma tylko swój tor przemijania - jak strumień ma koryto. Bo za każdym razem, wydaje ci się, że dojdziesz tam i wreszcie to będzie to, wreszcie będziesz czuł, że jest dobrze, że tu możesz zostać, że oto osiągnąłeś cel wędrówki. Ale to nie prawda - nigdzie nie możesz zostać i nigdy nie zdołasz się zatrzymać. A więc czy ten cel tak naprawdę wogóle istnieje ?

Czy może człowiekiem czyni cię to, że możesz pragnąć tego właśnie swojego miejsca, tego celu drogi? A może to, że nie wystarcza ci istnieć i przemijać - że pragniesz sensu życia, czegoś więcej, czegoś silniejszego od ciebie i większego od ciebie? Może już to, że jesteś w stanie zadumać się nad twoim przemijaniem, stanowi jego sens?

Może przemijasz, by się zastanawiać - bez końca i bez jednoznacznej odpowiedzi - czy to jest moja droga, czy ona ma sens, dlaczego na nią wszedłem, czy warto nią iść, czy warto poświęcić wszystkie inne drogi - dla tej jednej, którą wybrałem? Czy dam sobie na niej radę ? Czy znajdę siłę, by jej nie opuścić, by obierać ją ciągle od nowa? By się nie zgubić w gąszczu splątanych ścieżek. By nie zapomnieć, że warto. Że przemijanie ma sens. Ma sens. Ma sens...

niedziela, 29 marca 2009

Psycho - terapia

Człowiek, który czuje się TAM gorszy od innych. Nawet jeśli inni nie są lepsi od niego.

Człowiek, który wie, że obserwuje go czujne oko krytyki, i to wcale nie to patrzące "z góry" lecz raczej z tego samego poziomu.

Człowiek, który musi trwać w roli. Czy już zawsze?

Człowiek, który wie, że są miejsca, gdzie lepiej nie mówić wszyskiego, zwłaszcza o sobie. Że lepiej schować się w tłumie, nie dzielić się przemyśleniami. Nie wychylać i nie drążyć.

Człowiek, który traci siebie. Czy warto ? Czy nie można inaczej ?

I ludzie, którzy nie są jego przyjaciółmi. Bo wśród przyjaciół niczego nie trzeba udawać. Wśród przyjaciół, gdziekolwiek jesteś, jesteś w domu.

Dlatego już dość. Wystarczy. Wiem, widziałam, rozumiem, jestem przerażona.

Nie daj mi zniknąć w tłumie. Nie daj zapomnieć o co naprawdę chodziło.

poniedziałek, 6 października 2008

Krzesło

Co powinno sięstać z człowiekiem, który by Ciebie zabił?

Czego byś chciał dla niego? Takiej samej śmierci jak Twoja? Czegośgorszego czy lepszego? Co dałoby posadzenie go na krześle elektrycznym? Czy zabijając można naprawić świat?

Czy nie lepiej byłoby gdybyśmy chcieli jakiegoś pożytku z tego wszystkiego? Złapaliśmy przestępcę - mamy więc szansęgo zmienić. A nawet jeśli to się nie uda - niektórzy twierdzą, że to się nigdy nie udaje - możemy się czegoś o nim dowiedzieć, choćby tego, jak stał się tym kim jest. I możemy - jako społeczeństwo - nie popełniać ciągle tych samych błędów.

Zawsze pozostają inne możliwości. Dlaczego przestępca nie miałby wykonywać pracy, tak ciężkiej, że aż boimy sięo nije myśleć. Dlaczego niemiałby zjeżdżać co dzień do kopalni, by być tam sam na sam z ciemnością ? Czy taka kara nie ma większej szansy kogoś zmienić niż tylko widmo śmierci?

I jeszcze jedno - jaki pożytek dla świata, może wynikać z tego, że się zabija "dla sprawiedliwości"? Czy nie robimy w ten sposób ze "sprawiedliwych" - morderców? Czy nie psujemy tego co czyste?Czy nie odbieramy światu szansy na to by stał się lepszy?

Why would someone belive in death not life?

poniedziałek, 23 czerwca 2008

Więźniowie biologii

Zachowanie człowieka, jego charakter, są determinowane genetycznie. To czy ktoś będzie przestrzegał zasad, czy żył, jakby żadne reguły nie istniały - czysta genetyka. Co więcej - ponoć nie można tego całkowicie zmienić - prędzej czy później wyjdzie na wierzch to, co mamy w swej biologii zapisane.

A są tam nie tylko informacje o kolorze skóry, czy włosów, o białkach niezbędnych dla naszego istnienia, ale też o tym czy będziemy kłamcami, mordercami, pedofilami, czy popełnimy samobójstwo i jaką partię polityczną będziemy wspierać, nie mówiąc o rzeczach tak oczywistych jak orientacja seksualna. Rodzimy się z zestawem genów - nic nie możemy poradzić, na to co mamy tam zapisane. I pewnie w przyszłości naszym dzieciom, czy wnukom będzie można te geny ulepszyć, pozmieniać, wyprodukować nadczłowieka.

Czy tego chcemy? I czy nie możemy zdecydować o tym kim jesteśmy? Czy nie możemy się zmienić? Co albo kto może nas wyzwolić z kajdan biologii z którą się urodziliśmy. Czy istnieje coś więcej?

Musi istnieć. Jesteśmy czymś niż tylko kośćmi i mięsem. Jesteśmy ludźmi, a człowiek to brzmi dumnie. Wspaniale jest być człowiekiem. Jesteśmy ogromną Tajemnicą dla nas samych i obyśmy nie obdarli się do cna z zasłon tej tajemnicy. Bo zacznie nam uciekać to co najważniejsze. Mamy geny jakie mamy, ale mamy też wolną wolę. Jedni mają z nią trudniej, inni łatwiej, ale wszystko jest możliwe, bo to my decydujemy o naszym życiu. Biologia - jej wpływ nie może stać się dla nas usprawiedliwieniem. Naszą idealną wymówką. Życie nie jest takie proste. Wierzę, i nie chcę by mi to zabierały naukowe badania, że człowiek jest kimś więcej niż tylko geny. Więcej nawet niż umysł, świadomość. Człowiekiem czyni cię wolna wola i sumienie. Poczucie, że jestem człowiekiem, które zobowiązuje. I to są aspekty zbyt ulotne, by były zapisane gdzieś w genach.