środa, 31 października 2007

Karmić miłością

30.08.2007 r.
Jedenastoletnia dziewczynka wychodzi ze szkoły oddalonej o pięć minut piechotą od domu. Mija dobrze jej znany placyk zabaw, na którym siedzą jakieś "maluchy" z mamami. Rozgląda się ostrożnie zanim przejdzie przez osiedlową uliczkę i pójdzie wzdłuż bloku w kierunku swojej bramy. Gdy już minie piaskownicę będzie patrzyła w górę, w kierunku okna na pierwszym piętrze. Patrzy tam zawsze gdy wchodzi albo wychodzi, jak każdy, kto się w tym domu wychował. Zawsze widzi uniesioną rękę, żegna ją i wita ciepłe spojrzenie.

Dziś jest tak samo - widzi machającą do niej dłoń, która po chwili znika, by otworzyć przed nią drzwi mieszkania. Wbiega więc po schodach, rzuca szybkie 'Cześć Babciu!', w pokoiku zdejmuje tornister i kurtkę i wparowuje do kuchni, gdzie Babcia siedzi jak zwykle pilnując gotującego się obiadu. Sama też siada w kąciku, na swoim ulubionym miejscy przy drzwiach i rzuca znów 'Ale jestem dzisiaj głodna'.

To nie jest zwyczajna sytuacja. Dziewczynka nie lubi tego, że musi jeść obiad jak tylko wróci, często grymasi, a zupy to już w ogóle lepiej by nie jadła - no chyba, że pomidorowa. Pewnie nie zjadła dzisiaj szkolnego śniadania, że jest akurat odwrotnie, nawet ma ochotę na ten cały obiad. Babcia powie jeszcze tylko: 'To Babcia się bardzo cieszy jak tak mówisz' zanim postawi przednią pełen, parujący jeszcze talerz.

Teraz dziewczynka jest już duża - właściwie całkiem dorosła - i zastanawia się czasem, dlaczego właśnie to pamięta tak dokładnie - przecież przez 9 lat szkoły wszystko odbywało się tak samo - przychodziła, zjadała obiad... Obiad, który też wyglądał pewnie codziennie podobnie. Dlaczego więc pamięta akurat ten dzień? Nie wie właściwie, kiedy dokładnie to było, nie wie nawet co było akurat wtedy na obiad, a jednak pamięta. Pamięta uśmiechnięte oczy, siwą głowę, babciny fartuch i słowa - 'Babcia się bardzo cieszy...' I właśnie zaczęła się zastanawiać - z czego właściwie Babcia się cieszyła? - że przyszła głodna, więc zje bez marudzenia? No, bo kto by się cieszył, że od lat codziennie robi to samo? I dziewczynce przyszła do głowy zdumiewająca myśl. Przyszło jej do głowy, że to głodnych trzeba nakarmić. Że Babcia cieszyła się człowiekiem, dla którego można coś zrobić. Na przykład gotować. Bo Babcia była w tym świetna, robiła to przez całe życie. I można by pomyśleć, że to takie przyziemne. Ale nic bardziej mylnego.

Dziewczynka dorosła i teraz już wie dlaczego Babcia nigdy się nie skarżyła, że musi gotować. Dlaczego Babcia cieszyła się każdym kto przychodził na obiad. I skąd się wziął zwyczaj, że w tym domu dla nikogo nie mogło zabraknąć jedzenia. Nie w wigilię, ale w każdy zwykły dzień. Bo tam codziennie jadło się w sferze sacrum.

Ja a jakby nie ja

Jak bardzo to kim jesteśmy może odbiegać od tego kim chcieliśmy być? Czy kiedykolwiek nasze wyobrażenia o tym kim będziemy w przyszłości się sprawdzą? Czy nie trzeba nieustannie rozliczać się ze swoimi marzeniami, ze swoimi wyobrażeniami, aby móc wytrzymać ze sobą i zrobić w swoim życiu miejsce na nowe które nieustannie przychodzi. Bo nie możemy zatrzymać czasu ani cofnąć ani przeskoczyć. Nie mamy magicznego pilota. A kształtuje naszą przyszłość każda chwila naszego życia.

Czas rozliczania się z przeszłością jest dla mnie tu i teraz. Siedzi w całej polskiej kulturze i w mojej pojedynczej, samotnej polskiej świadomości. Czas wspominania tych których nie ma. Czas przekraczania kolejnych granic, czas odchodzenia coraz dalej i dalej od tego co było. Liczenie kolejnych lat. Ale nie zapominanie. Oby nie zapominanie.

Oby tylko każda sekunda przeszłości, oby każda sekunda marzeń trwała w nas bez końca. Oby żadna nie minęła bez echa. Oby każda była doceniona gdy jeszcze trwa. Oby każda sekunda spędzona z tymi których kochamy kształtowała to kim będziemy w przyszłości. Gdy wszystko się zmieni. Gdy ich już przy nas nie będzie.

Czy nie będzie ich naprawdę? Czy nie zostaną w nas?

sobota, 15 września 2007

Samotność w świecie

Małgorzata Hillar

My z drugiej połowy XX wieku
rozbijający atomy
zdobywcy księżyca
wstydzimy się
miękkich gestów
czułych spojrzeń
ciepłych uśmiechów

Kiedy cierpimy
wykrzywiamy lekceważąco wargi

Kiedy przychodzi miłość
wzruszamy pogardliwie ramionami

Silni cyniczni
z ironicznie zmrużonymi oczami

Dopiero późną nocą
przy szczelnie zasłoniętych oknach
gryziemy z bólu ręce
umieramy z miłości

Epidemia dzisiejszego świata polega na tym, że wszyscy jesteśmy samotni podobno. A przecież jak możemy być samotni, gdy tylu jest ludzi wokól nas? Gdy czasem nie sposób dopchnąć się do tramwaju? Zatłoczone ulice, puby pełne roześmianych grupek przyjaciół - to przecież kolejne ikony naszych czasów. Dlaczego więc właśnie teraz czujemy się samotni? Czy to wszystko co jest wokół nas straciło znaczenie?

Czy naprawdę oderwaliśmy się od korzeni, zapomnieliśmy o tradycjach, o przeszłości i chodzimy zagubieni w wielkim świecie, po pustych, szerokich ulicach? Nie wiemy w którą pójść stronę, bo jesteśmy przeciwko wszystkiemu.

Czy nie jest tak, że cokolwiek dzieje się z naszym światem - to my jesteśmy za to odpowiedzialni? Jeśli ludzie nie potrafią ze sobą rozmawiać, nie potrafią kochać, to może dlatego, że w nas wszystkich za mało jest miłości? Bo przecież nigdzie nie jest się samemu.

A teraz początek umieszczony na końcu, drobna obserwacja. W autobusach i niektórych tramwajach są siedzenia ustawione twarzą do siebie lub obok siebie. Dziwnym trafem nikt nigdy nie siada blisko współpasażerów jeśli nie musi. Ludzie najpierw zajmują dalekie od siebie miejsca, po czym przychodzą następni i skrępowani, właściwie nie wiadomo czym, zajmują pozostałe miejsca, wypełniają luki, starając się przy tym przypadkiem na siebie nie patrzeć. Też tak robię, taki odruch, właściwie nie wiem dlaczego. Może to wynika z nieśmiałości? A może z tego że nie lubimy ludzi? Wcale nie mamy ochoty na rozmowy o pogodzie ze starszymi paniami?

Podobnie zresztą wygląda 'syndrom empetrójki' - coraz więcej ludzi chodzi z zatkanymi uszami i niewidzącym wzrokiem wpatrzonym w przestrzeń. Nie patrzymy na siebie. Czy nie mamy po co? Czy nie wszyscy czujemy się tak samo samotni choć w tłumie?

wtorek, 26 czerwca 2007

Polityka

Nie sądziłam, że kiedykolwiek wkurzę się aż tak żeby napisać o polityce. Nie sądziłam, że kiedykolwiek stanę się społecznie zaangażowana, czy coś w tym stylu. Aż dzisiaj obejrzałam wiadomości.


I począł w Tobie gniew kiełkować. I pomyślałeś milczenia dość!


Trwa protest pielęgniarek. Siedzą pod i w kancelarii premiera i czekają aż ktoś z nimi porozmawia. Pewnie się nie doczekają - przecież nie są górnikami, nikogo nie pobiją, nie będą rzucać kamieniami. Jedynie siedzą. I usłyszały od Premiera tego kraju, że mężczyzn to policja dawnoby wyrzuciła, więc mają szczęście, że on ma szacunek dla kobiet (!). Bo je to policja tylko troszkę przestawiła. Po czym po rozpoczęciu głodówki usłyszały od wyżej wspomnianego Premiera, że "niezjedzenie kolacji to nie głodówka. To jeszcze nikomu nie zaszkodziło" Ktoś chyba powinien Panu Premierowi wytłumaczyć co to jest SZACUNEK.

Bo cywilizowani ludzie mają szacunek dla każdego człowieka, nie ważne czy jest kobietą, czy nie. Czy jest głową państwa, czy żebrakiem. Człowiek honoru, człowiek prawy, nie zapomni o tym, że wszyscy jesteśmy tacy sami. Nikogo nie będzie poniżał, z nikogo nie będzie drwił. Jeśli więc panie chcą głodować, to nikt nie ma prawa ich wyśmiewać i poniżać. Nie ważne, czy siedzieć im tam wolno, czy nie.

To co mówi i robi ostatnio władza, nie świadczy o pielęgniarkach, ani wyborcach, ani tym kraju. To świadczy o samej władzy. Za każde wypowiedziane słowo trzeba będzie osobiście wziąć odpowiedzialność. Przed narodem, który władzę wybrał i przed Bogiem, jeśli się w takowego wierzy.

Gdyby zaś ta władza miała trochę klasy, to wiedziałaby jakich odzywek unikać, żeby nie stracić społecznego poparcia. Gdyby władza była mniej arogancka, toby wiedziała dla kogo ma pracować, kto ją wybrał, i kto ją z rządzenia rozliczy. Może wiedziałaby też, że nawet do - jej zdaniem - słusznych celów nie wolno dążyć 'po trupach', wszelkimi dostępnymi środkami, depcząc po drodze kogo popadnie. Bo przecież mnie wolno - państwo to ja!

Dzisiejsza nasza władza jest tak bardzo zapatrzona w siebie, że zza swojego ego nie widzi już prostych obywateli. Nie można liczyć na zrozumienie, na rozsądek, na dotrzymywanie obietnic, na prawo, ani na sprawiedliwość.

poniedziałek, 25 czerwca 2007

Gdzie serce twoje...

Tak wiem, że był taki film. Film był o tym, że młoda dziewczyna znalazła dom w całkowicie obcym miasteczku, wśród całkowicie obcych ludzi. Po prostu trafiła na takich którzy ją przygarnęli, pomogli w trudnych chwilach, bezinteresownie pokochali. Gdzie jest więc dom każdego człowieka? Czy tam gdzie się urodził, czy tam gdzie mieszka, a może w całkiem innym miejscu?

Zacznijmy od tego, czy dom to w ogóle jest miejsce. W domu czujemy się bezpiecznie i swobodnie, jesteśmy spokojni. Z tym słowem wiąże się wszystko co możemy zamknąć w stwierdzeniu "rodzinne ciepło". Więc dom to nie do końca miejsce - raczej uczucie. Uczucie, które może być związane zarówno z miejscem urodzenia, czy zamieszkania, jak i z rzeczami do których jesteśmy przywiązani, czy z ludźmi, których kochamy. To przecież oni są źródłem tego ciepła, to oni sprawiają, że w owym materialnym domu czujemy się domowo. Bez nich jest pusty. Bez nich nie jest ani ciepły, ani przyjazny, ani bezpieczny. Bez nich jest tylko miejscem zamieszkania.

Dlatego pozwolę sobie postawić tezę, iż pod hasłem dom, kryją się wszyscy ci, których kochamy, przy krórych jest nam dobrze. W tym momencie nie ma znaczenia, czy jesteśmy akurat w miejscu, gdzie się urodziliśmy i wychowaliśmy, czy na drugim krańcu świata. W Polsce czy w amazońskiej dżungli. Czy mieszkamy w dworku po prababci czy w slumsach Rio de Janeiro. Dom można sobie znaleźć wszędzie, jeśli umie się kochać.

A skoro dom może być wszędzie, to może być też nigdzie. I tak dochodzimy do najsmutniejszej epidemii nowoczesnego świata - samotności. Do tego, że człowiek sam, jeden nie zbuduje domu, nie będzie szczęśliwy i spokojny. Do tego, że nie ma na świecie nic ważniejszego od drugiego człowieka.

środa, 2 maja 2007

In the process of becoming

Całe życie do czegoś dążymy. Takie czasy, powiemy być może. Może trzeba mieć jakiś cel. Mnie wydawało się, że przetrwam to co teraz mnie czeka, i następną rzecz i następną, aż kiedyś w końcu będę gotowa. Bez precyzowania na co gotowa, bo tak bezpieczniej. Po co znowu schodzić na mroczne klimaty, przecież wszyscy wiemy co jest jedynym 'pewniakiem' w życiu.

Dziś widzę, że (sory) to głupi sposób myślenia. Ni z tego ni z owego, dotarło do mnie, że tak naprawdę nigdy nie jest się gotowym. Gdybyśmy mieli do końca samodzielnie decydować o całym życiu, pewnie nie odważylibyśmy się na połowę tego co nas spotkało. Ja na przykład nie chciałabym kończyć szkoły i zdawać matury. Pochodziłabym sobie jeszcze... tak może drugie trzy lata. Bo jeszcze nie jesteśmy gotowi.

Patrząc w przyszłość myślimy, że przyjdzie taki dzień, kiedy poczujemy w sobie siłę. Będziemy wiedzieli, że to właśnie teraz. Że oto jestem tym człowiekiem, którym chciałem się stać. Jestem gotów. Koniec drogi. A tymczasem ta chwila nigdy nie nadejdzie. Stajemy się przez całe życie, po to by nigdy się nie stać. Bo sens nie tkwi w celu podróży, ale w samej podróży. Nasze stawanie się nie ma końca. Idź tak długo, jak wystarczy ci sił. Dopóki krew obraca w piersi twoją ciemną gwiazdę.

wtorek, 1 maja 2007

Zła ciąg dalszy

W poprzednim poscie z tematu zła obecnego w każdym człowieku, zeszłam nieco na środki materialne, które z nas owo zło wyzwalają. Czy jednak zawsze krzywdzimy innych by zdobyć więcej dla siebie?

Czasem wydaje się nam przecież, że z całej siły staramy się robić to co należy. Że wszystko co robimy, robimy dla jakiegoś wyższego dobra. Tu także czeka nas pułapka. Nie ma bowiem żadnej na tyle ważnej 'sprawy', żeby warta była naszej duszy. Żeby warta była odkładania na bok zasad, uciszania sumienia. Nie wierzę i nie chcę wierzyć w to, że liczy się ostateczny bilans (byle było na plus), że do celu dążyć można wszelkimi środkami. Wierzę natomiast w to, że o człowieku śwadczy każda jego decyzja. Także ta o tym, by nierobić czegoś co może polepszy ostateczny bilans, ale jest sprzeczne z sumieniem. Jestem też zdecydowanie przeciwna usprawiedliwianiu samego siebie, tylko dlatego, że 'chciałem dobrze'. Wszyscy wiemy co jest wybrukowane dobrymi chęciami.

Może się to wydawać oczywiste. Widzieliśmy to przecież nie raz - w tylu filmach. Zawsze wtedy gdy główny bohater cierpi dla ludzkości poświęcając własne szczęście. Wydaje się takie proste.
Jednakże są w życiu sytuacje, w których nic nie jest proste. W których niełatwo jest mieć niezłomne zasady i przy nich trwać. I pewnie większość ludzi odchodzi od owych zasad w przekonaniu, że tak trzeba. Tak jesteśmy nauczeni. To nasza specjalność - polska podwójna moralność.

Na przykład z jednej strony wszyscy narzekamy na korupcję, wszyscy jesteśmy jej przeciwni i gdy się tylko da narzekamy na ten dziwny kraj. A z drugiej strony, gdy ktoś z naszych bliskich jest w szpitalu, zrobilibyśmy wszystko, by miał jak najlepszą opiekę - biegniemy więc z kopertą do ordynatora czy pielęgniarki. I nie widzimy w tym nic niestosownego. Przecież chcemy dobrze. Przecież to dlatego, że kochamy. Przecież wtedy jesteśmy niejako usprawiedliwieni. Jesteśmy?

Wróciliśmy w ten sposób do postawionego dawno pytania: czy można zabić jednego człowieka by uratować innego? A żeby uratować dwóch? Dziesięciu? Stu? Czy istnieje cena ludzkiego życia, granica, liczba przy której ta transakcja zaczyna się opłacać? Nie , nie istnieje coś takiego jak ekonomia ludzkich istnień. Każde życie jest tak samo cenne jak sto czy dwieście innych. Kto ratuje jednego człowieka, ratuje cały świat. A kto zabija jednego człowieka ...?