środa, 14 października 2009

Byle tylko nie dorosnąć.

Wszystkie dzieci chcą być jak najwcześniej dorosłe. Bo - oczywiście - wtedy będą mogły robić co chcą, nikt ich nie będzie pilnował, będą decydować o sobie, mieć własne pieniądze i wydawać je na co tylko zewchcą. I nie mówcie mi, że w wieku lat 10-12 nie mieliście takiego wyobrażenia ;)

Potem, z bliska sprawa wygląda nieco już inaczej, ale jeszcze do 18stki dochodzimy z radością. Bo dostaje się dowód (jakby był komuś potrzebny), bo można pić, bo można zrobić prawo jazdy. Mnie osobiście zawsze najbardziej pociągało to ostatnie, ale do rzeczy.

Potem, kiedy się wreszcie okazuje, że
- możesz oczywiście robić co chcesz, tylko co z tego, skoro i tak wiesz co musisz robić, przecież dorośli muszą być odpowiedzialni. Jeśli więc poważnie traktujesz swoje zajęcia (np studia) to i tak wies, że musisz się uczyć, mimo że nikt ci nie każe ;)
- nikt cię nie pilnuje, co oznacza, że nie tylko wszystko czego nie zrobisz (np pranie, sprzątanie, gotowanie) odbije się na tobie, i to ty będziesz chodził głodny/nie miał się w co ubrać, ale jeszcze, że ewentualne konsekwencje tego co zrobiłeś bądź nie zrobiłeś spadną tylko na ciebie. Więc uważaj.
-masz własne pieniądze i wydajesz na co tylko chcesz. Hm. No niby są własne, ale po pierwsze mogło by ich być więcej, po drugie trzeba sobie na nie zapracować, a w najlepszym wypadku nazałatwiać mnóstwo rzeczy (np. stypendium). Więc już wiesz, że kasa nie bierze się z nikąd. W ten sposób robi ci się żal wydawać ją na tzw. byleco - im bardziej się natrudziłeś tym bardziej uważasz, żeby jej nie roztrwonić.

W końcu idziesz do pracy, w której jako porządny obywatel akceptujesz panujące tam reguły gry np. ubierasz się w ciuchy, których nie cierpisz, bo tak trzeba, albo wstajesz na 6.00 rano, albo wręcz przeciwnie - bierzesz nocki, bo tak trzeba.


I tak właśnie młode oblicze ludzkości wciska się w tryby systemu, i jakoś tak samo wychodzi, że wszyscy uczą się w tym systemie doskonale funkcjonować, nawet jeśli byli z natury buntownikami, i sami idąc przez życie powtarzają znammienne - tak musi być, tak urządzony jest świat.

Nic dziwnego, że jesteśmy najbardziej narzekiającym narodem świata.

Bo ten cały system - to kit, który świat z powodzeniem nam wciska. Oczywiście zaczyna się to od szkoły podstawowej - obowiązkowej i takiej samej dla wszystkich - właśnie tam po raz pierwszy dopadają nas krwiożercze pazury systemu. Czy nikogo innego nie dziwi, że szkoła jest dla dzieci obowiązkowa? Czy nikt nie uważa tego za dziwne, że nie można zdecydować - czy wogóle chce się tam chodzić, albo czy np. nie chce się zrobić sobie 2 miesięcy wakacji w środku roku? Niby co w tym takiego bulwersującego? Szkoła w założeniu jest przecież miejscem niewyczerpanych możliwości, a nie przymusowego pobytu. Miejscem, które ma nam wszystkim otworzyć umysł, nie na odwrót.

Oby ci, którzy nią rządzą o tym pamiętali, tego im życzę w Dzień Edukacji Narodowej.

2 komentarze:

Piotr Podróżnik pisze...

Nie dam(y) się!

Piotr Podróżnik pisze...

A wiesz. W Austrii narzekają jeszcze więcej (wiem, że to niewyobrażalne, ale to prawda!)