czwartek, 28 grudnia 2006

Armagedon

gdzie do tej pory krwawią rany
w granicach złego i dobrego
w pękniętym sercu Manhattanu
jest Harmagedon
Z. Książek Psalm Apokaliptyczny


Czy zastanawialiście się kiedyś jak będzie wyglądał koniec świata? Ten prawdziwy i nieodwołalny? Bez Bruce'a Willisa poświecającego się dla uratowania Ziemi od pędzącej w jej stronę asteroidy? Na czym ma polegać? Trzęsienia Ziemi? Powodzie? Wubuchy Wulkanów? Ogień ? Wojny? Taki obraz mamy zwykle przed oczyma, gdy myślimy o końcu znanego nam świata.

Czy jest więc czymś nieodwołalnym, z wyznaczoną datą, niezależnie od tego co czynią ludzie? Jeśli końcem świata mają być wojny, to znaczy, że nam nigdy nie uda się osiągnąć pokoju na Ziemi. A jeśli klęski naturalne to co ma być ich przyczyną? Jak długo istnieje przecież Ziemia, jak wiele przetrwała i nie zginęła. Nie stała się planetą pełną ognia, czy zalaną wodą, lecz światem najbardziej przyjaznym dla rozwoju życia. Także uderzenie asteroidy (podobno) przetrwała, choć wyginąć od tego miały dinozaury, to ssakli jakoś przetrwały. Czy ogromne zmiany w funkcjonowaniu naszego świata, których tak się boimy, nie mają być przypadkiem efektem naszych własnych poczynań?

Armagedon, który sami sobie przygotowujemy. Przygotowujemy sobie z nienawiści, z żądz które nami targają. Z braku szacunku dla życia. Z braku szacunku dla inności. Jesteśmy panami świata. Uważamy, że wiemy co jest dla niego najlepsze. Obyśmy się bardzo nie mylili. Obyśmy nie musieli dziwić się zaskakującym efektem naszych poczynań, naszego wielowiekowego gwałtu na naturze.

Co jest dla nas osobiście końcem świata, takiego jaki znamy? Śmierć. Ona jest końcem świata zarówno każdego z osobna jak i wszystkich. Śmierć rodzaju ludzkiego - to mamy przed oczami myśląc o Apokalipsie. Nie interesuje nas czy spodziewane kataklizmy przetrwają karaluchy (co jest bardzo prawdopodobne) tylko czy przetrwają ludzie. Bo śmierć człowieka, to śmierć wszystkiego co wytworzył, cywilizacji, kultury, bo nie byłoby komu z niej korzystać. Jaki jest bowiem sens zostawiania po sobie spuścizny, której nikt nigdy nie odkryje? Gdy odchodzi jeden człowiek, zwykle zostaje w pamięci swoich bliskich, zostawia po sobie pamiątki. Okrutna jest wizja tego, że mieliby pomrzeć wszyscy.

Idąc dalej, są duże szanse, że nie dane nam będzie zobaczyć 'ogólnego' końca świata. Każdy jednak na pewno spotka swój własny koniec. Koniec naszego małego świata, dobrze nam znanego. Nie jesteśmy bowiem w stanie wykroczyć umysłem w przyszłość ani w przeszłość. Nasze życie tkwi w ramach czasu, ograniczone naszymi zdolnościami pojmowania, pamięcią rozumieniem świata. Istniejemy tu i teraz jak zamknięci w malutkiej komórce naszego świata. a jegokoniec - Śmierć czeka każdego z nas. Ona jest czymś naturalnym. No właśnie. Powinna być czymś naturalnym. Lecz tak jak zaśmiecamy Ziemię i wchodzimy w drogę Naturze, tak samo zabijamy.

Czy świat nie kończy się bowiem ze śmiercią każdego, kto umierać nie powinien? Który ginie z ludzkiej winy? Na wojnie, zamordowany w afekcie, w świetle prawa skazany na śmierć, w zamachu terrorystycznym. Kiedy nauczymy się, że są na tej Ziemi sprawy o których nie nam decydować? Mówi się, że kto ratuje jedno ludzkie życie, ratuje cały świat. Czy nie jest więc tak, że kto zabija jedno ludzkie życie, zabija cały świat? Wśród tych którzy w imię wyznawanej religii gotowi są oddać życie za bliźnich, są też tacy, którzy w imię wyznawanej religii gotowi są zabijać. I jest ich coraz więcej. Coraz więcej nienawiści i wojny. Nie pozwólmy światu umrzeć z braku miłości.



sobota, 16 grudnia 2006

Tom się zagapiła ;)

No toż to na tych studiach roboty tyle, żem o własnym blogu zapomniała. I toż to przecież już tydzień ponad mija jak żem nic nie napisała. A toć to przecie niedopuszczalne jest. Pamiętnik się wszak codziennie pisać powinno! A cogorsza napisać nie ma o czym. Tak to przecie normalnie jakoś jest.

Na przykład na zakupach żem była. Bo to Święta idą, i przezenty pokupować trza, i przygotowania porobić jakie. A na tyj uczelni to jaby tego nikt nie zauważył. Wszyscy ino się uczą i uczą. A ci tam profesorzy jak odptywali tak odpytują. Czy oni przecie wszyscy nie rozumieją? Toż to do Świąt gotować się trza zawczasu. I porządki porobić, i na choinkę zabawki zmajstrować. Tak coby atmosferę poczuć, do ludzi się uśmiechnąć. Bo co to zapomnieli oni o bliźnich swoich? Przecie to dla nich lekarzami chcą być, nie dla siebie, a oni ciągle tylko nos w książkę! I któż to poradzić coś może?

czwartek, 7 grudnia 2006

*** (czyli nie że do M tylko że nie mam pomysłu na tytuł)

Czy można podjąć dobrą decyzję ze złych powodów? Matematyka mówi, że fałszywe założenie może prowadzić do prawdziwych wniosków, jednakże tutaj jest trochę inaczej. Bo czy owo działanie, które (generalizuję wiem ale nie o to chodzi) jest dobre, ale które podjęliśmy ze złych pobudek nadal jest dobre? A co jeśli dodamy do tego obrazu fakt że żadko trafiają się absoluty w stylu czarne/białe?

Wszystko co robimy mozna interpretować z różnych punktów widzenia (ach ten relatywizm ;). Jeśli rozpatrywalibyśmy działania na zasadzie - pomagają czy szkodzą innym - to sądzę że w większości codziennych sytuacji odpowiedź brzmiałaby - gdy komuś pomagam postępuję dobrze niezależnie od tego co mną kierowało. Pewnie dobro, które poczyniłem pozostaje, jako wartość sama w sobie. Jednak co zostaje we mnie? Czy pomagając jedynie z obowiązku, chęci zysku czy innych pobudek uznawanych za moralnie wątpliwe nie odbieram sobie przypadkiem radości życia?

Bo nie wiem jak wam, ale mnie cieszy sama myśl, że oto mogłabym COŚ zrobić. Bo oto ja - UWAGA - idę ulicą zmieniac świat. Fajna wizja, pewnie nie do zrealizowania na codzień. Nie mniej jednak miło od czasu do czasu spróbować zrobić coś zapominając o własnych korzyściach i zyskach. To tak po wierzchu patrząc, bo pozostaje jeszcze inny aspekt sprawy, taki troszkę poważniejszy i bardziej niecodzienny.

Mianowicie - co gdy ktoś bardzo chce dobrze a mu nie wychodzi? Albo co z sytuacją gdy wydaje się że powinno się złamać zasady dla wyższego dobra, np. zabić jednego człowieka by ocalić tysiące? Czy można życie przeliczać na sztuki? Czy można łamać zasady w dobrej wierze? Czy to że robimy coś w dobrej wierze, nas usprawiedliwia? Może przed ludźmi. Może nawet przed Bogiem. Ale nie przed samym sobą.

środa, 6 grudnia 2006

Szczęście

Czym ono jest? Dla większości ludzi to nieosiągalny obraz raju. Łąki zielone, pola posrebrzane pszenicą, pozłacane żytem. Cisza i spokój. Wolność robienia tego na co się ma ochotę. Zdaje się że dla coraz większej ilości młodych ludzi XXI wieku synonimami szczęścia są pieniądze i władza. No cóż. Jednakże wspólną cechą różnych wyobrażeń o szczęściu jest to, że jest ono jaką n ieosiągalną ideą. Jakbyśmy nigdy nie mieli go osiągnąć. Dlatego coraz częściej dążymy bez przekonania, coraz częściej nie wiemy w którą pójść stronę, coraz częściej się nudzimy.

A tymczasem szczęściem mogą być codzienne najprostsze wydarzenia naszego życia. Tylko czasem trudno o tym pamiętać. Trudno pamiętać, że o tym właśnie się marzyło gdy jest się zmęczonym, niewyspanym. Gdy wydaje się że już nie dam rady, że już nie mogę. A szkoda bo pamięć ta może dodać sił w najtrudniejszych nawet sytuacjach. Bo szczęśliwym się jest gdy można robić to co się kocha. Gdy znajdzie się coś takiego czemu warto poświęcić życie. Choć wielokrotnie będzie ciężko. Szczęściem jest poczucie, że warto żyć.

Ostatnio zauważyłam, że nieco poważnieję (sic!), w związku z czym zaczęłam się zastanawiać, co czyni mnie tym kim jestem. A to nie łatwe, zacząć należałoby bowiem od pytania - kim jestem? A odpowiedź prosta nie jest. Na każdego człowieka składa się bowiem to co przeżył, to czego chce, czy wreszcie jego relacje z innymi. A good news jest taki, że można o tym kim się jest przynajmniej po części zdecydować. Można kształtować samego siebie, co mi nie tak dawno uświadomił pewien Przyjaciel.

No cóż jeśli chodzi o mnie, czy udało mi się odpowiedzieć na to zawiłe pytanko? Jakby nie. Otóż myślę, że jest to kwestia tego, że każdy człowiek przez całe życie się staje. Nic nie stoi w miejscu, pantha rei i te sprawy. Żaden człowiek nigdy nie jest dokończony. Jesteśmy jak malarze, którzy dostali płótno, które według własnego uznania mogą zapełnić. Jak poeci siedzący przed kartką papieru. Ktoś dał nam pióro do ręki. Obyśmy podołali wyzwaniu. Oby życie nasze brzmiało jak wielki, piękny wiersz.

piątek, 1 grudnia 2006

World sucks

Dlaczego?

Bo wszyscy powoli umieramy - i to nawet nie dosłownie, śmiercią biologiczną, lecz wewnętrznie. Jako dzieci marzymy o świecie baśni, krasnoludkach i zaklętych księżniczkach. Potem o księciu na białym koniu. Potem o tym by było po prostu zwyczajnie, normalnie - by kogoś kochać i by ktoś kochał nas. A potem przyzwyczjamy się do tego co jest i nie chce nam się marzyć.

A dlaczego tak mało zmienia się na lepsze? Dlaczego wszystko zdąża w tym niepożądanym kierunku? Czyżby dlatego że nie robimy nic by temu zapobiec? Może dlatego, że straciliśmy z oczu obraz rycerza, honorowego i sprawiedliwego, broniącego uciśnionych, którym kiedyś chcieliśmy być? Może uwierzyliśmy że to niemożliwe?

Ktoś kiedyś powiedział, że "The only thing nessecery for the triumph of the evil is for good people to do nothing". Co to dla mnie oznacza? Że jeśli przestanę robić nic, mogę zmienić świat.

Po prostu zamknij oczy i przypomnij sobie kim zawsze chciałeś być, przypomnij sobie baśnie i legendy. I powtażaj je z uporem. A wtedy się spełnią. Tak wielu przed nami miało odwagę realizować marzenia. I my możemy. Więc chodźmy naprawić świat.