niedziela, 3 maja 2009

Dziwny jest ten świat

2x śmierć

41-letnia łyżwiarka, Jayne Soliman umiera u szpitalu w Oxfordzie w Anglii 7 stycznia 2009 roku, po agresywnym krwotoku do mózgu. Jest w 26 tygodniu ciąży. Lekarze utrzymują jej bijące serce jeszcze przez dwa dni, podając jej wysokie dawki steroidów, by przyspieszyć rozwój płuc dziecka. 9 stycznia w wyniku cesarskiego cięcia na świat przychodzi jej córka Aya. Waży niecały kilogram.
9 lutego 2009 roku we włoskiej klinice w Udine umiera Eluana Englaro, po 17 latach spędzonych w stanie wegetatywnym i po 2 dniach odkąd zaprzestano jej sztucznego odżywiania. Jej ojciec, który od 10 lat walczył o odłączenie córki od karmiącej ją aparatury, twierdzi, że jej życzeniem było nie być sztucznie utrzymywaną przy życiu. Na tej podstawie zgodę na odłączenie karmienia wydaje 13 listopada 2008 roku włoski Sąd Najwyższy.

Rodzice

Rodzice są osobami, które chcą dla swoich dzieci jak najlepiej. To oni są przy nas od samego początku naszego życia, widzą jak stawiamy pierwsze kroki, to do nich kierujemy nasze pierwsze słowa. Oni też wiedzą co dla swoich dzieci najlepsze, oni są tymi którzy znają swoje dzieci najlepiej.
Rodzice zrobiliby wszystko, by ocalić swoje dzieci. Od samego początku, od kiedy pojawi się między nimi nowy, mały człowiek – najpierw jako samo tylko pragnienie posiadania potomstwa – potrafią poświęcić bardzo wiele z tego kim byli, by mieć dziecko, by mieć własne dziecko, by utrzymać je przy życiu. Z tych niegasnących pragnień rodziców zrodziły się postępy medycyny, dające im możliwości takie jak sztuczne zapłodnienie czy szansę na ocalenie coraz młodszych wcześniaków. Bo najszczęśliwszym ich dniem jest ten, gdy długo wyczekiwane dziecko przychodzi na świat.
A gdy już przyjdzie na świat, kochają je jak umieją, troszczą się o nie, nie mogliby znieść przecież tego, gdyby ich dziecku coś zagrażało, gdyby nie było bezpieczne, gdyby było chore, albo w śpiączce, gdyby umarło. Gdyby dziecko umarło, wraz z nim umarłyby i serca jego rodziców.
Okazuje się jednak, że prawdziwe życie jest dużo bardziej skomplikowane, niż prosta i jasna wizja świata. Okazuje się, że ono – życie – pisze dużo bardziej pokrętne scenariusze. Oto widzimy Matkę, która umiera w najszczęśliwszym dniu swojego życia, w dniu, w którym przyszła na świat jej długo wyczekiwana córka. Oto widzimy Ojca, który prosi dla swojej córki o śmierć.

Opinia publiczna

Gdy strażak wyciąga ludzi z płonącego budynku – jest bohaterem. Jest bohaterem nas wszystkich, staje się niejako osobą publiczną, osobą której każdy z nas ufa, nadczłowiekiem. Bo robi to co należy, bo naraża siebie by ratować innych, nieznanych sobie ludzi. Jest idealnie bezinteresowny. Społeczna opinia o jego czynie, jego moralna klasyfikacja jest także bezsprzecznie pozytywna. Zdziwilibyśmy się, gdyby tak nie było.
Bo nikt nie zastanawia się przecież nad tym, ile ów ocalony z pożaru człowiek będzie musiał teraz wycierpieć, ile bólu czeka go gdy jego rany będą się goić, ani czy w ogóle ma jakieś szanse na wyzdrowienie. Nie prowadzimy telewizyjnych debat na temat tego, kogo strażak ma jeszcze wynosić, a kogo już nie. Przecież ratujemy wszystkich, ratujemy życie. Bo wiemy, że tak trzeba.
Kiedy widzimy przed sobą szansę uratowania kogoś dzięki postępowi medycyny, nie pytamy o koszty, głębokim nietaktem byłoby przecież pytać czy warto, czy to się opłaca. Gdy można uratować dziecko, staramy się jeszcze bardziej – bo ono ma przed sobą całe życie, które dopiero co się rozpoczęło, bo ono jest uosobieniem niewinności i człowieczeństwa. Ono ma rodziców, którzy na nie czekają, którzy są dzięki niemu szczęśliwi, którzy je kochają i będą się nim opiekować dopóki starczy im sił.
Dlatego właśnie rzadko kiedy słyszy się głosy o tym, że jest granica, której nie powinno się przekraczać. Granica ratowania nie tylko poszkodowanych w wypadkach, których może nie powinniśmy za wszelką cenę utrzymywać przy życiu, ale także granica ratowania za wcześnie urodzonych dzieci. Bo dzieci, które ważą tak mało jak 400 g, mimo, że ich uratowanie jest według dzisiejszej medycyny możliwe, będą miały mnóstwo problemów ze zdrowiem. Większość z nich nie przetrwa pierwszych dni swojego życia. Bo całe ich życie być może będzie ciągłym cierpieniem – nie tylko dla nich, ale także dla ich najbliższych.
Ale pomimo tej bolesnej świadomości, całe społeczeństwo kibicuje postępom medycyny, gdy chodzi o ratowanie życia noworodków. Uważamy za sukces to, że udało nam się uratować jeszcze jedno, jeszcze mniejsze dziecko. Cieszymy się z perspektywy rozwoju, która daje rodzicom nadzieję na wyleczenie swoich dzieci z kiedyś beznadziejnych chorób, która jest szansą na lepszy los dla tych, których najbardziej kochamy.
A gdy przychodzi do rozmyślania nad życiem kogoś dorosłego, kogoś cierpiącego, a czasem starego, albo w stanie wegetatywnym, kogoś, komu się już raczej nie polepszy, i kto nie ma już przed sobą całego życia, bo znaczną jego część zostawił za sobą – wtedy dopiero, niejednokrotnie ze zdziwieniem, odkrywamy drugą stronę medalu. I o niej mówimy, że co to za życie, gdy jest się przykutym do łóżka, albo w śpiączce, że może lepiej nie żyć wcale, niż żyć tak. Tylko że ta druga strona przez cały czas tam była - i w życiu wcześniaków, i nastolatków po wypadkach, i nieuleczalnie chorych dorosłych, i ludzi starych – to jest cierpienie. Cierpienie, które prędzej czy później stanie się udziałem każdego życia.
My, jako społeczeństwo, jako opinia publiczna, cieszymy się z postępów medycyny, gdy dowiadujemy się, że dzięki możliwości utrzymania ciała Matki przy życiu, na świat mogła przyjść malutka Aya. Ale jakoś nie cieszymy się z postępów medycyny, które pozwoliły przez 17 lat stanu wegetatywnego utrzymać przy życiu Eluanę. Bo patrzymy na tę stronę medalu, którą akurat chcemy zobaczyć.

Dobra śmierć

Właśnie to oznacza po grecku słowo eutanazja. Słowo, które powstało, by określić osobę, która umiera świadomie, po uporządkowaniu swoich spraw, bez bólu. Mimo wszystko nie jestem pewna, czy śmierć może być dobra. Czy jest taką śmierć kończąca długie cierpienia? Czy jest nią śmierć, dzięki której ktoś inny będzie mógł żyć? Czy jest nią może śmierć w chwili, którą sami wybierzemy?
My – ludzie XXI wieku, którzy tak lubimy decydować o swoim życiu, którzy najbardziej czcimy swoją własną wolność. Najwyższą wartością stała się dla nas niezależność, możliwość wybierania sobie własnego losu. Niczego nie chcemy już przyjmować za pewnik, bo uważamy, że wszystko da się zmienić, nagiąć do naszych własnych potrzeb i wyobrażeń. Latamy w kosmos i nurkujemy w głębinach. Żyjemy w przekonaniu, że nasze możliwości nie mają granic. Że nie ma dla nas nic niemożliwego. I zapominamy o tych dawno ustanowionych, a może zawsze obecnych granicach, które może jeszcze gdzieś tam są – w nas – pewne jak gwiazdy na niebie - o prawie moralnym.
Wierzymy dziś w to, że należymy wyłącznie do samych siebie, i że w związku z tym mamy prawo o sobie decydować. My, którzy zaczynamy się uważać za swojego własnego boga, i przez to uzurpujemy sobie prawo do decydowania nie tylko o każdej sekundzie naszego życia, ale też i o naszej śmierci. Nie przychodzi nam już do głowy, że być może nasze życie nie jest tylko naszą własnością, że może ono jest czymś więcej.
Czasem idziemy nawet dalej, i przekazujemy to prawo, które najpierw sami sobie przyznaliśmy, kolejnym osobom. A jeśli już nawet nie my sami, to kto ma prawo zadecydować o naszym życiu lub śmierci? Kto się odważy przyjąć na siebie taką odpowiedzialność, wziąć na siebie ten ciężar? Czy wie w jakiej sam siebie stawia roli? Czy my sami chcemy pozwolić, by o naszej śmierci decydowały sądy?
Decyzja lekarzy o podtrzymaniu funkcji życiowych Janye uzyskała społeczne poparcie i zrozumienie. Mimo, iż Soliman była w stanie śmierci mózgowej, uznano, że gdyby mogła zdecydować, chciałaby, aby jej córka przeżyła. To oczywiste, dla lekarzy i dla nas wszystkich, że Matka chciałaby aby jej dziecko żyło, że bez wahania zrobiłaby dla niego wszystko.
Także znaczna większość katolickiego społeczeństwa Włoch, bo według sondy telewizji RAI aż 70% zgodziło się z decyzją Sądu Najwyższego, który zadecydował o odłączeniu karmienia Eluany. Zgodzili się więc z tym, o co walczył jej ojciec, powołując się na jej własną, wyrażoną przed wypadkiem wolę. Walczył, przekonany, że wie, czego chciałaby jego córka, przekonany, że ma prawo do podjęcia takiej decyzji. Wyczerpany 17 letnim czuwaniem przy łóżku swojego dziecka, pozbawiony nadziei na jakąkolwiek zmianę tego stanu, chciał dla niej dobrej śmierci. Tylko czy tak właśnie ma wyglądać „dobra śmierć”?
Dziwny jest ten świat, w którym dzisiaj żyjemy. Świat, w którym o życiu lub śmierci zadecyduje sąd, a o tym co dobre, a co złe smsowa sona. Świat, w którym nasze możliwości poszły dalej niż mogliśmy to sobie kiedyś wyobrazić, tak, że teraz nie bardzo umiemy dać sobie z nimi radę. Świat, w którym mamy decydować o tym, na co jeszcze niedawno nie mieliśmy żadnego wpływu. Świat, w którym się zagubiliśmy i nie możemy się odnaleźć.